„Co ty wariatko robisz?” – pytali wszyscy, kiedy Simona postanowiła zamieszkać w Puszczy Białowieskiej. Im więcej osób pytało, tym Simona robiła się pewniejsza, że tego chce. Przez całe życie otaczała się zwierzętami, przygarniała je, opiekowała się nimi i z nimi żyła. Broniła też ich zacięcie przed ludźmi. „Ziemia nie jest naszą własnością” – lubiła powtarzać, wyprzedzając ekologów.
Urodziła się za wcześnie, bo jej sposób myślenia o przyrodzie i zwierzętach wyprzedzał naukowców oraz zwykłych ludzi o dobrych kilkanaście lat. Na świat przyszła w latach ’40 XX w w Kossakówce, w ’70 stawiała pierwsze kroki jako biolożka, ale prawie nikt nie rozumiał jej podejścia, a przecież nie była „emocjonalną babą”, tylko naukowcem. Była polską Jane Goodall, a o zwierzętach opowiadała równie ciekawie co David Atenborough. Simona Kossak swoim podejściem i uporem zmieniła nasze myślenie. Biolożka z profesurą, mieszkająca w dziczy Puszy Białowieskiej, opowiadała z pasją o życiu dzikich zwierząt, o tym jaką wartość ma Puszcza i każde jedno drzewo które w niej rośnie. Walczyła niczym lwica o dobrostan naszych braci mniejszych. Mieszkała ze zwierzętami. Wydała kilka bestsellerowych książek, prowadziła audycję radiową, kręciła dokumenty. Była sławna. Pod jej chatkę w Dziedzince przychodziły wycieczki – dopóki Simona nie wyskoczyła kiedyś z domu z dwururką, „liczę do trzech i strzelam”, krzyknęła w kierunku przewodnika i ludzi. Ceniła sobie spokój i ciszę, nie lubiła tłumów, nie lubiła miasta.
„Jak ja rozmawiam z ludźmi, w wieku do mniej więcej 50 lat, to oni nie mają pojęcia jak się nazywała ich babka z domu. Ci ludzie również nie interesują się, co będą ich wnukowie robić, czy będą istnieć. Zwyciężyła mentalność: ja tu i teraz, że wytnę ostatnie drzewo, zatruję ostatnią rzekę, po to żeby zdobyć 5 złotych i za te 5 złotych kupić sobie coś, i to coś zużyć, zaimponować komuś, mieć, ale to, że dla mojego dziecka nie będzie już tlenu, to mnie to guzik obchodzi. Gdyby ludzi nauczać, że są fragmentem generacji… oszczędzasz dla siebie człowieku, to oszczędzaj dla swoich wnuków. Słyszałam taką autentyczną opowieść, z czasów jak się Ameryka tak szybko uprzemysławiała, o spotkaniu z Indianami z plemienia Hopi. Pewien Indianin powiedział do białego człowieka: „słuchaj, nie rozumiem waszego myślenia, my zanim cokolwiek zrobimy koło siebie, to zadajemy sobie pytanie: co na to powie siódme pokolenie po nas? Tymczasem wy tak się zachowujecie jakbyście nie mieli dzieci.”** – tak Simona opowiadała w jednym z wielu wywiadów.
Dziś jest bohaterką książek, spektakli teatralnych, filmów. Świat kultury chętnie opowiada o tej miastowej dziewczynie, z tych Kossaków, która niczym czarownica rozkochiwała w sobie dzikie zwierzęta. Jej biografię napisała Anna Kamińska. Reporterski dokument, w którym możecie usłyszeć jak Simona opowiada o swoim życiu, nakręciła Natalia Koryncka – Gruz. Agnieszka Przepiórska wystawia monodram poświęcony biolożce, „Simona K. Wołająca na puszczy” w Teatrze Słowackiego w Krakowie. Lech Wilczek napisał o wspólnym życiu z Simoną, a książkę zilustrował swoimi zdjęciami – nikt nie zrobił jej tylu intymnych zdjęć co on, mężczyzna z którym żyła 30 lat.

Teraz w kinach możecie oglądać film fabularny „Simona Kossak” Adriana Panka. W głównej roli zobaczycie Sandrę Drzymalską, z grzywką i dwoma, długimi warkoczami.
Co warto wiedzieć o Simonie?
Nie miała łatwego życia jako dziecko. Simona miała urodzić się chłopcem, Kossakiem i zająć się malarstwem, tak jak jej ojciec i dziadek. Urodziła się dziewczynką, bez większego talentu artystycznego. Zawsze była na drugim miejscu, pierwsze zajmowała Gloria, starsza, ładniejsza i zdolniejsza siostra.
Na studia wybrała aktorstwo, później polonistykę, ale ukończyła biologię. Od zawsze przynosiła do domu zwierzęta, ranne, chore, wymagające opieki. Były jeże, ptaki, a w puszczy mieszkała z krukiem Koraskiem, lochą Żabką, lisicą Dusią, łosiami Pepsim i Kolą, borsukami Synkiem i Szczoteczką, rysicą Agatą. Były również bociany, popielice, pawie, owce, sarny, łanie i oślica Hepunia. Była też krowa, którą Siomna doiła.
„Marzenia to miałam różne. Chciałam być na przykład w szkole teatralnej, więc była szkoła teatralna. Ale zawsze był, jak to mówię, ten zew lasu. Przekonanie, że nie ma być bruku, ma nie być asfaltu, chodników. To ma być las. A co ja będę w tym lesie robić? A to już inna druga sprawa. Ale złożyło się tak, że stałam się specjalistą, ze wszystkimi tytułami, nauk leśnych. I to było dokładnie to, czego chciałam.” – mówiła Simona w Polskim Radiu.
Kiedy ukończyła studia i zaczęła myśleć o pracy to wyobrażała sobie, że zamieszka w górach, chciała jechać w Bieszczady albo Tatry. Nic z tego nie wyszło, praca była, ale w Puszczy Białowieskiej. Simona pojechała tam w listopadzie, zrobić rekonesans. Nie podobało jej się. Po latach w wywiadach opowiadała, że było to smutne i brzydkie miejsce. „Gdyby ktoś chciał kogoś zrazić do Puszczy, to powinien go przywieźć właśnie w listopadzie. W niżowych lasach liściastych, jak już opadną liście, to wszystko gnije. To beznadziejnie smutne” – mówiła.
Przyjechała więc tylko na chwilę, ale Dziedzinka w lutym okazała się magicznym miejscem. Śnieg, mróz i bliskość zwierząt zachwyciły Simonę. „Koniec – tu albo nigdzie”, miała powiedzieć. Nie spodziewała się jednak, że leśniczówka, która ją tak zachwyciła już ma jednego lokatora, artystę i fotografa Lecha Wilczka. Ona o nim usłyszała, że to jakiś facecik z Warszawki, on o niej że jest paniusią. Oboje szukali samotności, połączyła ich miłość do zwierząt. Kiedy już byli parą, dwie oddzielne części domu Leszek połączył wejściem we wspólnej ścianie, wstawił tam ładne, ozdobne drzwi.

„Chodził tam jakiś mężczyzna. Zapytałam: „kto to jest?”. A ona mówi: „Nie martw się, ten pan na pewno tutaj długo nie pomieszka. Ja go nie lubię, a Ty się nim nie przejmuj” – wspominała Joanna Kossak. – I jaki był mój wielki szok, kiedy na następne wakacje zobaczyłam, że Simona się do tego pana przytula, drapie go po brodzie, a on potem, jak ona sobie leży, drapie ją po piętach (co bardzo lubiła). Nie mogłam zrozumieć. A prawda była taka, że zwierzęta ich połączyły.”*
Simona dbała o wystrój domu. „To był dom pozbawiony kiczu” – mówił jej kolega Jarosław Chyra. Piec kaflowy, lustro skrzynkowe, piękne krzesła, kieliszki, zastawa porcelanowa, cukiernica – wszystko miało czemuś służyć, i najlepiej jak było dobrej jakości. Ludzie opowiadali, że na ścianach w Dziedzince wisiały „Kossaki”, ale tak naprawdę tylko Polowanie por force Jerzego Kossaka było oryginalne. Z czasem Simona uzupełniła kolekcję o kilka portretów, w tym Marii Pawlikowskiej – Jasnorzewskiej.
W domu wszystkie miejsca były dla zwierząt. Jest takie zdjęcie jak loszka śpi w łóżku, Simona na podłodze, a w fotelu nad nią siedzi jej matka i robi na drutach. Ta sama loszka jadła ze stołu – to było ogromne zwierzę przy którym Simona wydawała się malutka i krucha, stół za to był solidny, wytrzymał wspólne posiłki. W łóżku Simony spała również rysica Agatka, a kiedy miała gorszy humor wyskakiwała przez otwarte okno i siedziała w swojej wolierze. Osiołek pomagał w zamiataniu, kruk za to był łobuzem, nie tylko okradał i atakował ludzi, ale napadał też zwierzęta, ciągnął za ogon psa, jedyną personą którą lubił była Simona.
„W leśniczówce czuć było grzybem i zwierzęcą menażerią, rozchodził się zapach nafty. Bożena Wajda, która bywała na Dziedzince od lat siedemdziesiątych, wspomina: „Jak spałam u Simony, ciągle coś po mnie latało: a to myszy, a to szczury, a to popielice. Na podłodze leżał dzik, a na fotelu sowa kłapała dziobem. Ktoś nerwowy ze strachu chybaby tam umarł.” – pisze w swojej książce Anna Kamińska. Rozdział zatytułowany jest „Cyrkówka”.
Razem z Lechem Simona założyła ogród, „czego tam nie było – wspomina Joanna, ziemniaki, kapusta, pomidory, ogórki, fasolka, szpinak, maliny, czereśnie, jeżyna, porzeczki, poziomki…” Simona cały ten dobytek upychała w słoiki i wekowała, na zimę. Nie chciała, żeby coś się zmarnowało. Lech prowadził pasiekę, podobno jak wychodził z domu w ochronnym kombinezonie to wszystkie zwierzęta uciekały.
Raz uciekła im oślica, na granicę z ZSRR. To był jakiś kilometr od domu, Simona stała tam z nią i za uszy ciągnęła do domu. Prawdopodobnie oślica Hepunia uciekła przez chomąto, ładne, zdobione, zrobione przez Wilczka na zamówienie. Lech wymyślił, że osiołek jest na tyle silny, że może pomóc w gospodarstwie i ciągnąć mały wózek z plonami zebranymi w ogrodzie. Hepunia zobaczyła rzemyki do mocowania i już jej nie było.
To Lechowi Wilczkowi zawdzięczmy najpiękniejsze zdjęcia Simony. Z sarną, z łosiami, z lochą Żabką przy drewnianym stole. Część z nich tworzy książkę „Moje życie z Simoną” Lecha Wilczka. To opowieść o ich wspólnym życiu na łonie przyrody.
„Mieszkając tak długo w Puszczy Białowieskiej, w pewnej chwili zrozumiałam, że przekroczyłam kordon i znalazłam się po stronie drzew i zwierząt” – mówiła Simona.

„Co w trawie piszczy?” pierwszy raz na antenie Radia Białystok pojawiło się w kwietniu 2001 roku. Simona opowiadała słuchaczom swojej autorskiej audycji o zwierzętach, o puszczy, o relacjach łączących wszystkie żywe stworzenia. Mówiła, gdzie jest miejsce człowieka i uczulała na los tych wszystkich istot, które tak kochała. Nie czytała z kartki, audycje prowadziła z głowy, była specjalistką od zwierząt. Ostatnią audycję prowadziła ze szpitala w Hajnówce, był z nią Lech Wilczek. Była chora, umierająca.
„Jak robiłam film o motylach to udało mi się nagrać zaloty motyli. I następnej wiosny zobaczyłam żuczki, które robią też te rzeczy. I pomyślałam, że jakby udało się mi to nagrać, to mogłabym zrobić film poświęcony miłości owadów, i zaczęłam czatować. A potem już była tylko kwestia tytułu. Tu nie miałam w ogóle chwili wątpliwości, że to musi być Kamasutra, raz że to jest dowcip, to się ludziom kojarzy, a ja wiem, że Kama to jest bóstwo miłości, powoływania nowego życia i opieki, a sutra to modlitwa, lekcja udzielana przez duchowego nauczyciela. Łącznie Kamasutra może być tłumaczona jako sztuka miłości, ale tej miłości która ma na celu kontynuację życia. W dziele hinduskim jest to opisane technicznie tak, że to ma sprawić człowiekowi przyjemność, a ja sądzę że istoty żywe wszystkie też mają przyjemność w wykonywaniu wszystkich czynności życiowych, bo każda czynność instynktowna jest wtedy poprawnie wykonana, gdy zwierzę otrzymuje nagrodę w postaci satysfakcji. Kamasutra to był żart też pod adresem niektórych przyszłych widzów, którym się wszystko kojarzy. Oczekują kamasutry w tym strywializowanym znaczeniu i ją będą mieć, w filmie pokazuję życie płciowe owadów.”** – opowiadała w wywiadach. Lubiła działać, czuć się potrzebna, mieć misję, jednocześnie podchodziła do życia z dystansem, potrafiła się śmiać i żartować, również z siebie i ze swoich słuchaczy. Jej naturalność, spontaniczność, szczerość, sprawiły, że miała coraz więcej fanów. Ludzi chcieli jej słuchać.
„Całą swoją działalność popularyzatorską poświęcam zasypywaniu przepaści między człowiekiem, a przyrodą.”**
„Nie zastanawiam się czy jest sens cierpienia, ponieważ nie ma w tym sensu. Człowiekowi pozostaje tylko jedno – nie krzywdzić.”**
Simona była bezkompromisowa, walczyła, potrafiła przypiąć się do dębu, bo leśnicy stwierdzili, że go wytną – tak opowiada o niej Anna Kamińska. W późniejszych latach była znana i lubiana, była profesorką, miała swój status, a naukowcy, czy leśnicy musieli liczyć się z jej zdaniem. Ludzie z Białowieży mówili o niej „nasza Simonka”.

Scenariusz do filmu Adriana Panka powstał na podstawie książki Anny Kamińskiej, możecie go teraz oglądać w kinach.
Źródła:
https://wyborcza.pl/7,101707,28940743,rozumiala-mowe-zwierzat-niektorzy-brali-ja-za-czarownice.html
** „Pani na Dziedzińce” Reportaż Ewy Michałowskiej z udzialem Simony Kossak, Polskie Radio 2002
* „Zawsze miałam zew lasu” reportaż z Simoną Kossak, Polskie Radio
książki: „Simona. Opowieść o niezwyczajnym życiu Simony Kossak” Anna Kamińska, „Moje życie z Simoną Kossak” Lech Wilczek