Dwa piętra, cztery narracje, sto pięćdziesiąt dzieł. Wystawa niestała. 4 x razy kolekcja to pierwsza, duża wystawa w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie. Nad jej przygotowaniem pracował cały zespół kuratorski, gromadząc w salach muzealnych prace największych polskich i zagranicznych artystów. Większość z nich to perełki kolekcji tworzonej przez MSN od lat, ale są tu również prace wypożyczone od prywatnych kolekcjonerów. Wśród nich znajdziecie: Magdalenę Abakanowicz, Natalię LL, Mirosława Bałkę, Wilhelma Sasnala, Marielę Scafati, Wolfganga Tilmans’a, czy Katerynę Lysovenko. Wystawa jest ogromna i przyprawia o szybsze bicie serca. Warto ją odwiedzić.
Biel wnętrza MNSu działa kojąco. Sprawia, że łatwiej skupić wzrok na tym, co ważne. Wspinam się po schodach i wiem, że pierwszą rzeźbą jaką zobaczę będzie „Przyjaźń” z 1954 roku Aliny Szapocznikow. To symboliczne dzieło, które kiedyś stało w Pałacu Kultury i Nauki. Na początku lat ’90 postanowiono je zezłomować, ale żeby łatwiej je było wynieść, usunięto ramiona figur i sztandar. W takim stanie dzieło trafiło do przypadkowej lokalizacji, a później cudownie odnalazło się na aukcji, żeby wrócić do kolekcji. Brakujących fragmentów nie udało się odnaleźć, mimo to rzeźba nadal wygląda majestatycznie. Po przyjaźni polsko – rosyjskiej nie zostało wiele więcej niż kamień.
Wymownym krokiem kuratorów było powieszenie tuż obok „Przyjaźni” sztandaru Nikity Kadana. To „Gazelka” wykonana z fragmentów karoserii samochodu, zniszczonego podczas obstrzału Siewierskodoniecka w 2014 roku. To symbol wojny toczącej się tuż za naszą granicą, wojny, która pochłania coraz więcej ofiar i której nie można bagatelizować.
Kolejność zwiedzania wystawy nie ma znaczenia, każdy może ją rozpocząć i zakończyć w miejscu, które wybierze. Są cztery możliwości, bo wystawa została podzielona na cztery części, każda z nich opowiada inną historię i jednocześnie każda zabiera nas w podróż przez historię sztuki, od lat ’50 XX wieku po współczesność. „4 x kolekcja” jest symboliczną wystawą dla Muzeum Sztuki Nowoczesnej, która podsumowuje budowanie własnej, oryginalnej kolekcji dzieł nowoczesnych artystów. W tym momencie to 4300 obiektów. Na wystawie, która zajmuje przestrzenie wystawiennicze na dwóch piętrach, kuratorzy pokazali 150 prac.
Na pierwszym piętrze odwracam się w lewą stronę, wiem, że w samym centrum pierwszej sali wisi abakan – gigantyczny, zajmuje całą centralną przestrzeń. Trudno sobie wyobrazić, że Magdalena Abakanowicz tworzyła swoje dzieła w małej przestrzeni pracowni, dzieła, które zadziwiają swoimi rozmiarami.
Abakan stanowił zapowiedź wystawy zaplanowanej w galerii C – „Tworzywa sztuczne: ciała, towary, fetysze od zimnej wojny po współczesność”. Ogromna czarno – purpurowa tkanina nadal dominuje, ale nie jest już pokazywana sama. Zaraz po wejściu do sali zatrzymuję się przy „nogach” – to praca Sylvie Fleury, szwajcarskiej artystki, o znaczącym tytule „Silver Rain”. Metaliczne, turkusowe nogi kobiece otacza srebrny, winylowy płaszcz, wszystko wykonane jest z żywicy i włókna szklanego. Włókno szklane było materiałem stworzonym na potrzeby wojska, a później chętnie wykorzystywanym we wzornictwie. Fleury użyła go z namysłem – zwracając uwagę na militarne źródło pochodzenia materiału. Dwuznaczny jest również tytuł dzieła, który może jednocześnie oznaczać atak wojenny, jak i stosunek seksualny.
Alina Szapocznikow w tej części reprezentowana jest przez swoje Lampy. To eksperymentalny projekt, który miał być połączeniem sztuki ze sztuką użytkową. Artystka mocno eksplorowała swoje ciało, robiąc z niego wielokrotnie odlewy – miały to być dzieła, których nie tknie czas. Wiele z jej prac jest związanych z chorobą, kruchością ludzkiego ciała, przemijaniem i śmiercią, jednocześnie nawiązując do piękna, życia, seksualności. Tym razem z odlewów, Szapocznikow stworzyła lampki, które formą przypominają kwiaty – na długiej łodydze osadzone są świecące pąki ust i piersi. Artystka zamierzała je spopularyzować jako produkt.
Na ścianie wyświetlana jest „Sztuka konsumpcyjna” Natalii LL. Uśmiechnięta artystka bawi się jedzeniem, prowokuje, kusi, bulwersuje. To tylko jedna z jej wielu prac z cyklu, który przeszedł do historii sztuki.


Zatrzymuję się przy obrazie Sturtewant, która od lat ’60 XX wieku duplikowała prace znanych artystów, między innymi Andy’ego Warhol’a, czy Roy’a Lichtenstein’a. Wyprzedziła swoje czasy, poruszając takie zagadnienia jak autorstwo czy oryginalność dzieła. Kobieta o neonowych ustach to kopia Obrazu Pod wysokim Napięciem Martiala Raysse’a z 1965 roku.
Mijam namiot Sandry Mujingii „Znikania” i bijące brawo ręce na pracy Karoliny Jabłońskiej. Obraz wygląda tak jakby ruch uderzających o siebie dłoni ciągle trwał, a my dzięki temu jesteśmy naocznymi świadkami aplauzu.


Ta część to „dzieła wyrażające konsumpcyjne pragnienia, fascynację popkulturą, reklamą i mediami masowymi – nie tylko w społeczeństwach, w których po drugiej wojnie światowej nastąpił boom ekonomiczny i wzrost konsumeryzmu, ale także wśród mieszkańców „ubogich peryferii”, w tym Europy Wschodniej i Globalnego Południa. Główną metaforą jest tutaj „plastikowe ciało” – ciało konsumujące w reżimie totalitarnym obrazy zza żelaznej kurtyny. Plastik (i nafta), zdobycze postprzemysłowego kapitalizmu, w drugiej połowie XX wieku robią furorę zarówno w społeczeństwach dobrobytu, jak i w gospodarkach socjalistycznych.”*
Dalej jest tylko ciekawiej.
Wracam do „Przyjaźni” i części wystawy zatytułowanej „Sztandar. Zaangażowanie, realizm i sztuka polityczna”. Kuratorzy zgromadzili tu dzieła poświęcone polityce i mówiące o zaangażowaniu artystów w działania polityczne i społeczne. Przy wyborze prac nie sugerowali się granicami państw, czasem, czy ideologią – reprezentują one różnorodność. Tu sztuka jest świadkiem swoich czasów, a język którym się posługuje jest uniwersalny.
Najbardziej rozpoznawalnym i kolorowym dziełem, w tej części wystawy, są ludzie Marieli Scafati – ich geometryczne sylwetki ułożone są na podłodze, a każda z 65 figur reprezentuje konkretną osobę, przyjaciół artystki, czy aktywistów, których zna. Ich nogi, ramiona, klatki piersiowe odnoszą się do rzeczywistych wymiarów tych osób. Nawet kolory nie są tu przypadkowe – oddają temperament bohaterów. Ta instalacja to protest. „Mobilizacja” powstała tuż przed pandemią, kiedy w 2020 roku zawrzało w ruchach kobiecych w Ameryce Południowej.

„Kolektywność jest tutaj bardzo istotna. Jeszcze przed wybuchem pandemii panele były w drodze do Berlina. Miały reprezentować ciała moich przyjaciółek tuż przed naszym wyjściem na demonstrację. Wraz z nadejściem pandemii poczułam, że to już nie jest prawda, a raczej fikcja, która nie ma nic wspólnego z aktualnym momentem” – mówi artystka.
Dookoła wiszą fotografie Rafała Milacha, który współtworzy Archiwum Protestów Publicznych. Jego zdjęcia to dokumentacja naszych czasów, walki o swoje prawa rozgrywającej się na ulicach miast, gdzie obywatele i aktywiści próbują, choć na chwilę, wyrwać nas z biegu codzienności i zwrócić naszą uwagę, to wymowny „krzyk” w stronę polityków. Archiwum Protestów Publicznych działa nie sugerując się trendami politycznymi.
Monumentalne rzeźby Goshki Macugi „Moduł rodzinny” zostały zainspirowane performancem „Rodzina z klasy robotniczej” argentyńskiego artysty Oscara Bony’ego. Bony zatrudnił rodzinę, aby pozowała na postumencie i zapłacił im za tę pracę, stawkę dwa razy większą, niż zarabiał mężczyzna w swojej fabryce. Macuga zastąpiła mężczyznę kobietą, rzeźba to dwie siedzące kobiety z dzieckiem. Artystka nawiązała do socrealizmu i zmieniających się ról społecznych – ojciec jest tu wymownie nieobecny.

Obecni i nieobecni jednocześnie, są politycy na obrazie Wilhelma Sasnala „Płot graniczny”. Artysta namalował ten obraz podczas trwania kryzysu na granicy polsko – białoruskiej, poruszony losem uchodźców, którzy stali się bronią i ofiarami systemu Łukaszenki. Politycy, którzy wypowiadali się na ten temat, nie mieli dobrego pomysłu na zarządzanie kryzysem – nadal nie mają. Ich twarze i sylwetki artysta zamalował na czarno.
Kolejne piętro zaczynam od tytułu: „Przenicowany świat. Sztuka, duchowość i przyszłe współistnienie”. Ten rozdział jest inspirowany twórczością Romana Stańczaka, który w swoich pracach często zaglądał w głąb przedmiotów, szukając w nich wnętrza – dlatego wywracał je na drugą stronę, zdzierał warstwy zewnętrzne. Zdaniem artysty transformacja ustrojowa i kapitalizm sprawiły, że ludzie przestali dostrzegać to, co w życiu ważne – duchowość i radość przestały mieć znaczenie, zastąpiła je produkcja i konsumpcja.
Kuratorzy zaznaczają, że dzieła zebrane w tej przestrzeni wystawowej „czerpią z bezkompromisowej wyobraźni i nienowoczesnych tradycji: sztuki ludowej, nieprofesjonalnej, rdzennej, osobnych praktyk artystycznych. Prezentowane obiekty i postawy artystyczne łączy staranie, by „przejrzeć” zastaną rzeczywistość, dotrzeć do jej głębi, wydobywając ciemny, duchowy i egzystencjalny potencjał. Zestawienie ze sobą artystów z często bardzo odległych kontekstów geograficznych i politycznych pokazuje możliwość zaistnienia przyszłej wspólnoty.”*
Całą jedną salę wypełnia instalacja Cathy Wilkes, Bez tytułu. Między nićmi, które wyglądają niczym pajęcza sieć, widzimy postaci, manekiny stojące i leżące bezwładnie na podłodze. Patrzymy na przedmioty porozrzucane pomiędzy nimi – naczynia, bibeloty… pierwsze pytanie jakie nasuwa się brzmi: co tu się stało? Podskórnie czujemy, że coś niedobrego. Cathy Wilkes stworzyła instalację, po tym jak w jednej z gazet zobaczyła rodzinę afrykańską w podróży, która była na skraju wykończenia, zwyczajnie umierała z głodu.
Podobnie chwyta za serce zwykła nitka, którą można łatwo przeoczyć – jest rozpięta na długości jednej ze ścian. To praca Teresy Margolles „127 Ciał”. Tak naprawdę nitka to nić chirurgiczna, którą były pozszywane anonimowe ciała ofiar przemocy ulicznej w mieście Meksyk. Artystka zajmuje się tematyką przemocy, morderstwami, interesują ją zarówno przyczyny, jaki i społeczne konsekwencje. Do tworzenia prac często wykorzystuje rzeczy znalezione w kostnicach – trudno o coś bardziej poruszającego i wstrząsającego.

Przechodząc przez kolejne sale nie przeoczcie „Totemów” Teresy Tyszkiewicz, malowidła naściennego Kateryny Lysovenko, w tej samej sali wiszą „Strachy” Daniela Rycharksiego. Jest też obraz Ewy Juszkiewicz – artystki, która zdobywa coraz większe uznanie na arenie międzynarodowej; czy „Czarny papież” Mirosława Bałki.
Ja zatrzymałam się przy tkaninie Małgorzaty Mirgi-Tas, która była jedną z dwunastu prac pokazywanych przez artystkę na wystawie w Wenecji. Ta, którą możemy oglądać w MSNie to: „Przeczarowując świat: Czerwiec”. Wielkoformatowa tkanina jest magiczna, artystka uszyła ją z ubrań i materiałów, które pozyskała między innymi od swoich bliskich. Mirga-Tas w swoich pracach opowiada o historii i teraźniejszości Romów.

Kolor to znak rozpoznawczy dzieł Vivian Suter, które powstają przy współpracy ze strony natury. Artystka w 2005 roku myślała, że straciła wszystko, kiedy lawina błota zalała jej magazyn z dziełami. „Wtedy myślałam, że to katastrofa, ale gdy (obrazy) zaczęły wysychać, pojawiły się kolory, i zdałam sobie sprawę, że muszę zacząć pracować z naturą, nie przeciw niej” – mówi. Płótna umieszczone w sali przejściowej, służącej do odpoczynku, działają kojąco.
Uwagę przykuwa praca Tau Lewis. Artystka, do stworzenia „Angelus Mortem”, wykorzystała zwierzęce futra, które zostały porzucone przez właścicieli w salonach kuśnierskich Nowego Jorku. Jej dzieło wygląda jak kocia głowa, miękka i puszysta, dopiero kiedy dostrzeże się materiał z którego powstała, zmienia się jej odbiór. Tworząc „Angelus Mortem” Lewis nawiązała do afrykańskiej tradycji ludu Joruba, który zajmuje się wytwarzaniem rękodzieła.


„Realne abstrakcje. Autonomia sztuki wobec katastrof nowoczesności” to ostania odsłona wystawy. Kuratorzy skupili się tu, na pytaniu o granice sztuki, jej niezależność i autonomię. Dzieła abstrakcyjne opowiadają o nowoczesności, o kryzysach, które ta nowoczesność wywołała i o tym, czy istnieje szansa, aby wyjść z nich cało, nadal podążając za marzeniem o lepszym, doskonalszym jutrze. W centrum tej wystawy zobaczcie dzieło Moniki Sosnowskiej – „Fasada”, które reprezentuje architekturę, a także jej rozpad i procesy niszczenia. Metalowa, ogromna konstrukcja, szkielet, jest zdewastowana, zmięta, powyginana. Nadal robi wrażenie, ale budzi w nas również smutek.
Podobną dekompozycję, tyle że ciała, malowała Maria Jarema. Artystka badała granice między autonomią sztuki, a jej zaangażowaniem w życie. Pokazywała ciało, które cierpi, choruje, ulega wiecznym przekształceniom.
Kadera Attię interesowały blizny i skazy europejskich żołnierzy okaleczonych podczas pierwszej wojny światowej. Swoje rzeźby wykonał we współpracy z rzemieślnikami z Bamako w Mali, którzy zamiast ukrywać oszpecające blizny dodatkowo je podkreślili. Ten gest jest zgodą na niedoskonałość, podkreśla prawdę i uwypukla historię.
Monumentalna fotografia Wolfganga Tilmansa „Stan w którym jesteśmy, A” to nie tylko bezkres niebieskiej wody, ale nawiązanie do migracji, ludzi którzy ryzykują życiem i często umierają w szumie fal.

Niezwykle ciekawy w odbiorze jest abstrakcyjny obraz Agaty Bogackiej – „Włos z kompozycją geometryczną”, który jest detalicznym portretem. Warto poświęcić chwilę na obraz „Bez tytułu” (Powidok) Wilhelma Sasnala, nawiązujący do twórczości Władysława Strzemińskiego. Geneza powstania tego dzieła jest rozbrajająco prosta . „Byłem po prostu u dentysty. Miałem zamknięte powieki, a mimo to w oczy świeciło mi bardzo mocne światło, które tworzyło jakieś obrazy, wzory. Stąd wziął się ten obraz. Z tego, co pod powiekami, kiedy świeci światło” – mówi artysta.
Zanim wyjdę, zatrzymuję się jeszcze na chwilę. Na klatce schodowej trwa performance, artystka przytula do siebie małą kozę – myślę, że to koza, rekwizyt, w drugiej ręce trzyma telefon z którego czyta. Czy to manifest? W języku polskim i angielskim opowiada o mleku – „it gets stickyyyyy” niesie się w muzealnej przestrzeni.
4 x kolekcja to wystawa niestała, która potrwa aż do jesieni. Kuratorzy tworząc ją, podkreślają fakt, że kanon sztuki współczesnej jest niestały, charakteryzuje go ciągła zmienność, artyści i artystki nieustannie tworzą nowe narracje, a większość z nich zasługuje na naszą uwagę. Sztuka współczesna dzieje się tu i teraz.
„Wystawę niestałą. 4 × kolekcja” można oglądać do 5 października, Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, ul. Marszałkowska 103