5 października w Bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego Grażyna Torbicka stanęła na scenie razem z finalistami Nagrody Literackiej Nike. Siedem fantastycznych książek znalazło się w finale. Ich autorzy zostali nagrodzeni Złotymi Piórami, Dorota Masłowska odbierając nagrodę żartowała: „ciężkie to, ale przydaje się przy pracach domowych.” Ignacy Karpowicz stojąc po raz piąty wśród finalistów wyznał, że ciągle jest to dla niego taki sam stres. Największą gwiazdą była zaś Eliza Kącka, która otrzymała Nike i Nike Czytelników.
W laudacji przewodnicząca jury Nagrody Nike Justyna Jaworska mówiła: „przy uznaniu dla wysokiego poziomu całej siódemki tytułów w finale, postanowiliśmy nagrodzić książkę przygodową. Książkę, która (jak to bywa z najlepszymi opowieściami przygodowymi) nie odgradza się do czytelnika, przeciwnie, podaje mu rękę, następnie go porywa. I zostawia z przesłaniem trafiającym do serc – ba, krzepiącym serca.” Jej przemówienie przerwały oklaski publiczności, kiedy ze sceny padły słowa, że nagrodzono książkę o „spotkaniu z Inną”, nikt nie miał najmniejszych wątpliwości, że chodzi o „Wczoraj byłaś zła na zielono” Elizy Kąckiej.
Eliza Kącka na scenie nie stała sama, towarzyszyła jej córka, bohaterka zbioru esejów za który odbierała nagrodę. Pisarka została laureatką Nagrody Nike, jej książkę doceniło nie tylko jury, ale również czytelnicy.
„Ta książka to pieśń miłosna zwrócona ku innemu światu, ku światu mojego dziecka” – mówiła Kącka w jednym w wywiadów.
„Wczoraj byłaś zła na zielono” to niestandardowa relacja ze wspólnego życia matki i jej neuroatypowego dziecka. To opowieść pełna empatii i próby zrozumienia kogoś, kto jest inny. To również skarga matki na niedostosowany do dziecka świat, który często nawet nie stara się zrozumieć, pomóc, nie daje czasu, wymaga…
Od momentu kiedy książka Kąckiej ukazała się w księgarniach, okazała się tą, po którą wszyscy chętnie sięgali. W opinii pisarki jest to powieść uniwersalna, w której każdy z nas może się odnaleźć. To manifest, który bada najważniejsze dla nas relacje – matki i dziecka, rodziny i świata. Ale to również manifest formy – bohaterem tej książki jest plastyczny język i zaskakująca forma opowieści. Kącka nawiązuje tu między innymi do twórczości Marcina Wichy, wyrzucając rzeczy, których ma za dużo.
To książka, która pomaga złapać dystans do życia, wsłuchać się w siebie i drugiego człowieka, nauczyć się oddychać przeponą… Uwolnić od oczekiwań, które nie są szyte na naszą miarę. Być może właśnie z tego wzięła się tak duża popularność „Wczoraj byłaś zła na zielono”, z dystansu, z małych radości i mroku, który przemija.

Wielkie gratulacje dla Elizy Kąckiej i Wydawnictwa Karater.
W finale Nike walczyło siedem mocnych, pięknie napisanych książek: „Konrad Swinarski. Biografia ukryta” Beaty Guczalskiej, „Ludzie z nieba” Ignacego Karpowicza, „Patrz pod nogi. O zbieraniu rzeczy” Kory Tei Kowalskiej, „Sierpień” Pawła Sołtysa, „Magiczna rana” Doroty Masłowskiej, zbiór poezji „Hulanki i swawole” Tomasza Różyckiego oraz „Wczoraj byłaś zła na zielono” Elizy Kąckiej.
1/ Konrad Swinarski. Biografia ukryta/ Beata Guczalska
Ta książka jest portretem jednego z najwybitniejszych reżyserów. O Konradzie Swinarskim mówi się dziś, że to legenda, człowiek mit. Miał być nadwrażliwy i zachowywać dystans, był geniuszem, którego nie rozumiał świat. Jego życie było równie barwne, co brawurowe filmy – miał arystokratyczne koneksje, polsko – niemiecką genealogię i kilka wstydliwych kart w swoim rękawie, które nie najlepiej wyglądają w biografiach. Beata Guczalska nie bała się konfrontacji z niewygodnymi tematami, w swoim dochodzeniu sięgała daleko, pytając o „niemieckość” Swinarskiego, o jego powiązania z Hilterjugend, czy komunistyczną władzą. Dla niej Swinarski jest nie tylko wybitnym reżyserem, który zginął w katastrofie lotniczej, ale jest przede wszystkim ciekawym człowiekiem, którego warto na nowo poznać.

2/ „Ludzie z nieba”/ Ignacy Karpowicz
Ignacy Karpowicz sięga swoją wyobraźnią ku dwóm bardzo znanym lotnikom – jego nowa powieść jest inspirowana historią Franciszka Żwirki i Stanisława Wigury. Tylko, że u Karpowicza „Franciszek Żwirko i Stanisław Wigura z »Ludzi z nieba« nie są Franciszkiem Żwirką i Stanisławem Wigurą z międzywojnia” – pisarz przyznaje się do tego bez wstrzymywania oddechu, tym samym rozpoczynając z czytelnikiem przygodę na wiele głosów.
„Rok 1905. Kora spędza dzieciństwo w Bieniakoniach, miasteczku na południe od Wilna. Ma brata bliźniaka i sześć sióstr: Hiacyntę, Kalinę, Różę, Dalię, Rutę i Hortensję. Jako jedyna z dziewczyn nie otrzymała imienia od nazwy kwiatu. Chodzi do tyłu jak rak, bywa psem, rozmyśla nad milionem pozornie błahych spraw. Marzy o innym świecie, tęskni za przygodą, księciem i za bratem Franciszkiem, który wyjechał do szkół, by zostać kiedyś najsłynniejszym polskim pilotem. Pewnego dnia Cyganka przepowiada jej niepokojącą przyszłość…
Gdy dziesięć lat później przez miasteczko przechodzą bieżeńcy, świat, który znała Kora, nagle przestaje istnieć…”
Franciszek i Kora są dla siebie bliscy, jednak to on wiedzie życie, którego ona pragnie. Czy ich relacja przetrwa to, co niesie los?
„Ludzie z nieba” to opowieść o rodzinie, to również historia wojenna z romansem w tle. Jej mocną stroną jest język, Ignacy Karpowicz opowiada barwnie i wciągająco.

3/ Patrz pod nogi. O zbieraniu rzeczy/ Kora Tea Kowalska
Tea Kora Kowalska jest zbieraczem. Od dziecka chodzi i zbiera, rozgrzebuje ziemię pod którą mogą ukrywać się skarby: łyżeczka, wieczko kieszonkowego zagarka, stara, metalowa zawieszka…ziemia może skrywać dosłownie wszystko. Ale rzeczy można znajdować również idąc spacerowym krokiem przez osiedle, są wszędzie, wystarczy się na nie otworzyć. Każda z nich niesie ze sobą jakąś historię, o ludziach, o czasie, o miejscu w którym akurat się znajdujemy. Przełomowe jest to, że Tea Kora Kowalska opowiada o rzeczach jako o rzeczach, nie dodaje im blasku, magii, zachwyca się nimi dlatego tylko, że są. Opowiada o ich pochodzeniu, opisuje, przygląda się im swoim wnikliwym, bardzo czułym okiem znawczyni przedmiotów.
Pisarka jest archeolożką i kulturoznawczynią, która postanowiła oprowadzić czytelników po własnych zbiorach. Tea w jednym z wywiadów mówiła, że dzięki temu udało jej się uporządkować swoje skarby, odkryć dawno zapomniane rzeczy i zachwycić się nimi na nowo. W książce stawia pytanie o idee towarzyszące powstawaniu kolekcji, a także zastanawia się nad archeologią.

4/ Sierpień/ Paweł Sołtys
Paweł Sołtys zabiera nas na wycieczkę po Warszawie. To spacer po zakamarkach wyznaczony szlakiem nierównych chodników, marsz po głównych ulicach od których odbija się słońce, to mnogość opowieści o ludziach i miejscach. Bohater Sołtysa szwęda się bez celu, codziennie wychodząc w duszne miasto. Noga za nogą, kawa za kawą, kartka za kratką. Obserwuje świat, zapamiętując szczegóły… zajezdnia tramwajowa, witryna sklepu, kościół, brama, okno. Przypomina sobie historie dawne – kto w tym oknie siedział? I snuje swoje własne opowieści.
To książka efekciarsko nieefekciarska, pełna zadumy i lekkiego przygnębienia, którą czyta się na jednym tchu i która na długo zostaje nam gdzieś tam z tyłu głowy.

5/ Magiczna rana/ Dorota Masłowska
To jest dziesięć bardzo intensywnych opowiadań, które luźno łączą się w całość. Magiczna rana objawia się na ręce recepcjonistki – podobno jak się jej dotknie to przynosi szczęście, na przykład nowe, markowe buty z dżetami. W tej książce jednak każdy z bohaterów jest na swój sposób poraniony, są tu kobiety w rozsypce, infuencerki, panowie z siłowni, zagubione dzieci, które jednak przy swoich rodzicach wydadzą się wam bardzo normalne. Wielka Godzilla idąca przez Warszawę, w pogoni za kochankiem jest jednym z wielu zaskakujących zdarzeń…
Dorota Masłowska ma szósty zmysł do obserwacji współczesnego świata, który opisuje w brawurowy sposób. Można się śmiać czytając, otwierać szeroko oczy z zaskoczenia, czuć złość, a nawet popaść w depresję – czarny humor toczy tę książkę, tak jak w życiu jeden absurd goni następny. To nie jest lekka lektura, ale warto sobie zrobić tę przyjemność, to w końcu Masłowska na sto procent.

6/ Hulanki i swawole/ Tomasz Różycki
Na ekranie telefonu jedno za drugim wyświetlają się zdjęcia z Ukrainy, z Ukrainy pogrążonej w wojnie. Ogląda je poeta, siedząc całkiem daleko od miejsca konfliktu, w barze. Bezpieczny. Ale gdzieś tam, w sercu konfliktu są jego przyjaciele, narażeni na śmierć – dla nich nie jest w stanie napisać wiersza, więc wysyła im inną pomoc, tę materialną, rzeczy które mogą ich ocalić.
„Hulanki i swawole” Różyckiego to poezja mroczna, jest w niej bowiem wszystko co towarzyszy wojnie: niepokój, strach, niezgoda na to co się dzieje. Jest tu również wola walki, a ten zapał przekłada się na kolejne słowa.
„Piszę, bo trudno sobie wyobrazić,
że to już wszystko, jak kiedyś powiedział
Pan Nikt – literatura jest dlatego,
że świat to za mało. Przecież umarli
Muszą gdzieś mieszkać, musi się obozem
rozłożyć gdzieś ich wędrowny tabor,
ich długa czarna kolumna gdzieś na noc musi
zarządzić postój. I bogowie
muszą mieć gdzie polować, palić miasta
I niszczyć po kolei świat za światem.
…” – pisze poeta w „Za mało”
Poeta przywołuje Odyseusza, Kalipso, czy Hermesa. „Nie zakochuj się” – mówi Kalipso do Odysa, te same słowa słyszy żołnierz od pielęgniarki.
Ten tom jest również wyjątkowy dlatego, że poezji towarzyszy proza literacka. Teksty powstawały na przestrzeni czterech lat, czuć w nich głębię i intensywność. Różycki pisze z rozmachem, precyzyjnie, karmiąc nas poezją najwyższej próby.

Życzę Wam miłego czytania.