Guillermo del Toro – reżyser potworów, stworów i niezwykłych istot, wraca z opowieścią o Frankensteinie

„Przez całe moje życie towarzyszyła mi historia napisana przez Mary Shelley, Frankenstein jest dla mnie jak Biblia” – podkreśla reżyser, który od lat pracował nad adaptacją powieści. Guillermo del Toro nie tylko z zapałem maniaka projektował Potwora, wiedział również że chce opowiedzieć tę historię po swojemu. „Frankenstein” którego możecie oglądać na Netflixie to mroczna, gotycka opowieść o szukaniu swojego miejsca na świecie, o byciu innym, odmiennym, o braku miłości i zrozumienia, o nieprzebranym smutku. To również wizualne arcydzieło z hollywodzką obsadą. W rolach głównych zobaczycie Oscara Isaac’a, Jacoba Elordi’ego, Mię Goth, czy Christopha Waltz’a.   

W 2011 roku w New Yorkerze ukazał się artykuł pod tytułem „Show the Monster”, w którym dziennikarz gazety kreślił sylwetkę jednego z najwybitniejszych reżyserów filmów grozy – Guillermo del Toro. Reżyser przy pierwszym spotkaniu wydawał się pełen twórczej pasji, właśnie skończył projektować potwory do adaptacji „Hobbita” J. R. R. Tolkiena. Kilka dni później dowiedział się, że „Hobbita” nakręci Peter Jackson. To było duże rozczarowanie dla del Toro, który nie mógł ot tak pogodzić się z tą decyzją. „W tym samym czasie, kiedy pisałem, przyszła inna wiadomość. Okazało się, że wytwórnia Universal odmówiła del Toro funduszy na sfilmowanie powieści H. P. Lovecrafta. Dla reżysera był to kolejny duży cios. Guillermo del Toro spędził lata pracując nad ciałami potworów zamieszkujących Antarktykę, dostosowując ich wygląd do panujących tam nieprzyjaznych warunków klimatycznych” – pisał Zalewski. 

Del Toro zaprosił dziennikarza do miejsca w którym pracował. Chciał mu pokazać jak wygląda jego proces twórczy. Studio Spectral Motion mieści się w kalifornijskim Glendale i jest niezwykłe, pracuje się tu nad modelami potworów, stworów, istot nie z tego świata. Guillermo pracował tu nad wyjątkowym projektem, tworzył własnego potwora Frankensteina. Reżyser nie miał jeszcze wtedy żadnego scenariusza – nie mógł on powstać aż do momentu, kiedy del Toro nie miał gotowego potwora. „Zauważyłem, że dla del Toro stworzenie Potwora od podstaw było ekscytującą zabawą, czymś zdecydowanie lepszym niż próba odtworzenia Potwora o którym Mary Shelley pisała w książce” – notował dziennikarz. „Można del Toro porównać do renesansowego malarza, który pracuje nad Ukrzyżowaniem, to duże wyzwanie, ale też szansa. W tym wypadku reżyser jest prawdziwym ojcem istot nie z tego świata, są one ikoniczne, oryginalne, piękne, ale również przerażające.” 

Guillermo del Toro na planie „Frankensteina”/ Netflix

Według del Toro potwór, którego stworzył Frankenstein składał się z kawałków ciał żołnierzy. Jego twarz miała różne odcienie skóry w różnych miejscach, jedna ręka była dłuższa od drugiej. „Patrzyłem na del Toro, który pracował nad nosem Potwora. Jego pierwszym pomysłem było pozostawienie w tym miejscu dziury” – pisał Zalewski. Ostatecznie del Toro się rozmyślił. „Ten pomysł wydawał się świetny jako projekt graficzny, ale nie jestem pewny, czy w praktyce będzie działał. Widzisz” – ciągnął del Toro, „aktor musi pracować oczami i ja chcę, żeby widzowie patrzyli w te oczy, żeby szukali tam jego historii, jeśli zostawię dziurę w miejscu nosa, będzie ona skutecznie odwracała uwagę od oczu.”  

Zalewski nie wiedział, czy jeszcze kiedyś zobaczy tego potwora, którego wtedy pokazał mu del Toro – „biorąc pod uwagę różne okoliczności, ten Potwór może nigdy nie pojawić się na dużym ekranie”, pisał. Tylko, że del Toro nie poddał się tak łatwo, latami realizował swoje inne filmy, a w każdym z nich można dostrzec ślady historii „Frankensteina”. W 2017 roku nakręcił „Kształt wody”, który przyniósł mu aż dwa Oscary. Później dużym wydarzeniem okazał się „Pinokio” – film poklatkowy kręcony latami przez ogromną rzeszę ludzi. To był tak ambitny projekt i tak piękny film, że trudno o lepsze i bardziej wartościowe kino. W 2023 roku del Toro dostał wiadomość na którą czekał – Netflix chciał nakręcić „Frankensteina”. Film miał premierę 7 listopada na platformie, był także premierowo pokazywany na Festiwalu Filmowym w Wenecji, gdzie dostał owacje na stojąco. Widzowie bili brawo ponad dziesięć minut. Potwora zagrał Jacob Elordi – jesteście ciekawi ile z pierwotnego pomysłu zostało przeniesione na ekran? Kiedy jeden z pracowników Spectral Motion przy Zalewskim zapytał del Toro o to, jakie włosy ma mieć Potwór, usłyszał w odpowiedzi: „mają być długie i ma być ich dużo, to jest Iggy Pop wśród potworów Frankensteina!” Takie właśnie włosy ma Potwór Elordiego, ma też skórę taką jaką opisał dziennikarz. Del Toro pracował nad nim latami, a jego wizja była bardzo konkretna i dziś możecie ją oglądać. 

Dla Guillermo powieść Mary Shelley jest jak biblia – tak mówi sam reżyser i trudno mu nie wierzyć. Podobno Guillermo pierwszy raz zachwycił się nią jeszcze jako chłopiec mieszkający w Meksyku. Jego ulubioną postacią od razu został Potwór stworzony przez ambitnego, ale ekscentrycznego chirurga Victora Frankensteina. 

„Dzieło Mary Shelley to dla mnie historia bardzo wyjątkowa, dzięki niej zacząłem zadawać sobie pytania egzystencjalne, te które tak szalenie interesują młode umysły. Na te pytania moim zdaniem nie potrafią odpowiedzieć dorośli, ani tym bardziej instytucje, dla mnie tę prawdę posiada Potwór, on zna odpowiedzi i sekrety, których tak poszukujemy” – mówi reżyser.  

Historia u del Toro podąża za Victorem, geniuszem, naukowcem szukającym uznania w świecie medycyny, który chce stworzyć nowe życie tam, gdzie już zapanowała śmierć. Jego eksperymenty kończą się, kiedy w burzową noc do życia budzi się Potwór. Jego pojawienie się wśród istot żywych prowokuje kolejne pytania: co to znaczy być człowiekiem, stwórcą, istotą stworzoną – ojcem i synem, jak to jest chcieć być kochanym i rozumianym? Jak to jest być odrzuconym? Zarówno Victor jak i Potwór będą sobie zadawać te pytania i będą szukali na nie odpowiedzi w świecie, który wydaje się pogrążać się w szaleństwie.  

„Frankenstein”/ Netflix

„Frankenstein” ma wszystkie elementy, które fantastycznie wpisują się w stylistykę horroru. Jest bestia, stworzona z ciał różnych mężczyzn, dysponująca siłą, przerażająca i budząca grozę. Jest obsesyjny naukowiec, który eksperymentuje z życiem i śmiercią, i który poniesie konsekwencje swojego postępowania. Są rzesze zmarłych, katakumby, grobowce, laboratorium rozświetlane blaskiem błyskawic. Są całe hektolitry krwi. A mimo to del Toro nie uznaje, że jego film może być odbierany jako horrorystyczny. 

„Zdaję sobie sprawę, że może to zabrzmieć niedorzecznie, ale dla mnie to biografia skupiona na dwóch bohaterach” – mówi, „to film o rodzinie, wzajemnych zależnościach, o bólu.”  

Victor Frankenstein, w którego wciela się Oscar Isaac, jest  nad wyraz zdeterminowanym człowiekiem. Kiedy udaje mu się oszukać śmierć, nie cieszy się, chce więcej, chce istoty inteligentnej i posłusznej – jego wymagania wobec Potwora rosną. Victor napędzany ambicją staje się opresyjnym i przemocowym towarzyszem dla swojego „dzieła”, nie patrzy na niego z sercem, ale bada za pomocą szkiełka i oka. To, że jest taki jaki jest w dużej mierze zawdzięcza swojemu ojcu, który również posiadał nikłe zdolności rodzicielskie. Victor jest rozczarowany tym, co stworzył, nie zamierza tego żaden sposób ukrywać. „Frankenstein” w optyce del Toro to rodzinny dramat, rozgrywający się na wielu płaszczyznach. 

„To historia Frankensteina sprawiła, że del Toro postanowił zostać filmowcem. Jako reżyser najbardziej chciał zbadać granice między byciem potworem, a byciem człowiekiem” – mówi Bela Bajaria, chief content officer Netflix’a.

Netflix przeznaczył na „Frankensteina” budżet w wysokości dwunastu milionów dolarów. Guillermo del Toro podkreśla, że tworzył ten film przez trzydzieści lat, a DNA „Frankensteina” można z łatwością odnaleźć w jego wcześniejszych tytułach. „Myślałem o tym filmie od wielu lat, nie miałem nawet jeszcze wtedy kamery. To jest mój Mount Everest, marzyłem żeby go zdobyć.” 

Faktycznie Guillermo del Toro był dzieciakiem, kiedy po raz pierwszy zobaczył „Frankensteina” James’a Whale’a. „To było metafizyczne doświadczenie – to ja, pomyślałem na widok Potwora. Wydawał mi się ciepły i niewinny, prawie jak święty, a w dzieciństwie byłem zagorzałym katolikiem. Potwór był outsiderem, nie paskował do świata, który go otaczał. Wydawał się nie na miejscu, dokładnie tak jak ja” – mówi reżyser. 

Del Toro z zadowoleniem opowiada, że Potwór ma bardzo dużo wspólnego z Pinokiem. Jeden jak i drugi zostali stworzeni, obaj nie bardzo pasują do świata w którym muszą żyć, ale próbują się nauczyć, chcą być lepszymi wersjami siebie. „Frankenstein” jest filmem o ludzkich doświadczeniach, historią o ojcu i synu. Jest w nim bardzo dużo z mojego własnego doświadczenia…” – podkreśla. 

Pierwszy pomysł był taki, żeby nakręcić dwa filmy – jeden opowiadałby historię z punktu widzenia Victora, drugi z punku widzenia jego Potwora. Ostatecznie jednak reżyser nie zdecydował się na taki zabieg. Del Toro zamiast tego najpierw podąża za Victorem, daje mu stworzyć nowe życie, ale w pewnym momencie punkt wiedzenia się zmienia – od teraz kamera idzie krok w krok za Potworem, to on opowiada swoją historię.  

Guillermo del Toro i Oscar Isaac/ „Frankenstein”/ Netflix

„Jak to się stało, że do roli Victora Frankensteina wybrałeś Oscara Isaac’a?” – pytają kolejni dziennikarze rozmawiając z reżyserem. Del Toro wyjaśnia, że przede wszystkim chciał, żeby historia tak mocno osadzona w przeszłości nabrała cech nowoczesności, żeby była narracyjnie aktualna i jednocześnie pociągająca dla widza, żywa, piękna, przerażająca. „Wizualnie chciałem odnieść się do czasów wiktoriańskich, podobało mi się, że było tam dużo kolorów, błota, mgły, brudu, ale był też zwrot ku nauce. Nie chciałem mieć w swojej historii szalonego naukowca, który gubi się w swoim rozumie, ale chciałem mieć kogoś, kto kochałby naukę, a jednocześnie uprawiał ją jak gwiazda rocka. Oscar Isaac wydał mi się idealny do roli Victora, ma w sobie energię, siłę, magnetyzm. Wystarczyło, że dobraliśmy ubrania, wybraliśmy wzory z lat ’60 i ’70 które były modne w Londynie i okazało się, że mamy efekt o jaki mi chodziło. Uważam, że jeśli ktoś zobaczyłby Oscara na spacerze z Mickiem Jaggerem i Twiggy w Soho, od razu rozpoznałby w nim gwiazdę” – opowiada del Toro. 

Rola Potwora była przeznaczona dla Andrew Garfielda, okazało się jednak że aktor jej nie zagra. I wtedy pojawił się Jacob Elordi. Guillermo del Toro widział go w „Saltburn” i spodobało mu się jak gra – jego bohater był niewinny i otwarty na świat, a jednocześnie pochodził z elity i potrafił być okrutny. Tym co przeważyło o oddaniu roli Elordiemu były jego oczy – piękne i hipnotyzujące. „Trudno im się oprzeć” – mówi del Toro. 

Potwór jest wysoki, ułożony z kawałków – poskładany niczym puzzle. Delikatne blizny wyznaczają granice ciał, nie są jednak nieprzyjemne dla oka, nie ma w nich szwów, nie trzymają się na metalowe elementy – są wygojone, nie szpecą bohatera. Charakteryzacja Elordiego była procesem mozolnym, aktor spędził ponad jedenaście godzin z artystami i makijażystami, zanim nakręcił sceny w których możemy zobaczyć Potwora w całej okazałości. Później było trochę lżej, bo bohater ubiera się w płaszcz, ciało ukrywa pod warstwą ubrań. Elordi nie miał jednak łatwego zadania – gra ruchem, gestem, spojrzeniem, nawet jak zaczyna mówić, to w jego słowach słychać pewien trud, tak jakby uczył się ich od nowa.  

„Chciałem, żeby Potwór wyglądał ładnie, jak coś nowonarodzonego. W różnych wersjach opowieści bardzo często wyglądał on jak ofiara jakiegoś wypadku, a przecież Victor jest chirurgiem, jest artystą, więc jego cięcia i jego połączenia muszą być estetyczne… Zawsze też miałem taką fantazję, że Potwór mógłby być zrobiony z alabastru. Nie bardzo rozumiałem dlaczego w ekranizacjach często wyglądał tak fatalnie, dlaczego Victor użył wielu części z różnych ciał, aby go stworzyć? Mógł przecież wskrzesić faceta, który umarł na zawał… Ale Victor wybierał, był estetą, chciał żeby nowe ciało było piękne, a pole bitwy było idealnym miejscem do poszukiwań…” – tłumaczy del Toro. 

Zanim na ekranie zobaczymy moment w którym ciało Potwora budzi się do życia, mamy okazję bardzo dokładnie zobaczyć jak pracował Victor. Guillermo del Toro nakręcił tę sekwencję niczym naukowy, szalony taniec chirurga, który wybiera, łączy, bada, totalnie zatraca się w pracy. „Każdy z wcześniejszych twórców pokazywał uderzenie pioruna i już, Potwór żył, a ja chciałem pokazać więcej, moment kreacji był dla mnie jak koncert, Victor tańczy po laboratorium, jest w nim radość, pasja, nadzieja. Zastanawiałem się też, gdzie umiejscowić laboratorium i uznałem, że wieża położona nad wodą będzie idealna. Oczywiście zadbałem o to, żeby to miejsce się zmieniało wraz z akcją, to dom, a także miejsce pracy – tu ciągle coś się zmienia, przez duże okno można zobaczyć wschód słońca lub jego zachód, baterie które ładuje Victor zmieniają swój kolor, z żywo zielonego na czerwony. Gdybym nie zadbał o te elementy, to obraz nabrałby stałości, byłby monotonny i nudny dla oka.” – mówi reżyser. 

Wszystkie plany i dekoracje powstawały od zera, bez użycia programów, AI, bez specjalnych efektów. Del Toro jest jednym z nielicznych reżyserów, którzy wciąż stawiają na pracę ludzkich rąk – sam również pracuje przy budowaniu dekoracji, można go spotkać na planie filmowym z pędzlem w ręce. Osobiście dogląda wszystkiego na każdym etapie produkcji. W wywiadach mówi, że chciałby aby jego filmy wyglądały perfekcyjnie – jeśli dostaje budżet w wysokości 19 mln dolarów, to stara się stworzyć film który wygląda jak ten nakręcony za 40 mln. Z każdym nowym projektem poprzeczka dla niego idzie w górę. „Frankenstein” to wizualne arcydzieło – zamki, przestronne hole, mroczna wieża w której Victor zaczyna pracę, mała chatka otoczona górami, statek, który utknął w lodzie na krańcu świata, sprawiają że nie możemy oderwać wzroku od ekranu. Efekt potęgują kolory – czerwień, biel, czerń zdają się budować napięcie w dynamicznie prowadzonej narracji.

Guillermo del Toro widzi w tej historii opowieść uniwersalną i ciągle aktualną –  świat nie zmienił się tak bardzo od czasów Mary Shelley.

„Czy widzisz w sobie również podobieństwo do Victora?” – zapytał dziennikarz del Toro. „Widzę, to całkiem duże podobieństwo. Victor jest twórcą, dokładnie tak jak ja, a Harlander to studia filmowe dla których pracujemy. Harlander mówi do Victora: „dam ci wszystko czego potrzebujesz”, po chwili jednak dodaje: „oprócz tej jednej rzeczy, masz wolność, twórz co chcesz, ale tego nie rób”- zażartował reżyser. „Nie mam takich bohaterów, których nie lubię, staram się ich zrozumieć, wszyscy mamy jakieś wady. Victor popełnia błędy, Potwór popełnia błędy – to grzechy, które ciężko wybaczyć. Harlander manipuluje Victorem, ponieważ ma w tym cel. Jeśli jednak dobrze nakręciłem ten film, to na końcu widz rozumie skąd te błędy się wzięły, dlaczego tak łatwo było je popełnić. Wszyscy jesteśmy trochę potworami, gubimy się w życiu, żeby się odnaleźć i znów zgubić” – dodaje. 

„Frankenstein”/ Guillermo del Toro/ Netflix 


Dodaj komentarz

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.