Był tak młody, że wyglądał jak dziecko, kiedy przyjechał do Nowego Jorku w 1978 roku. Chciał zostać artystą, takim „prawdziwym artystą”, podkreślał w rozmowach. I udało mu się, dość szybko odniósł sukces, miasto pokochało jego szczekające psy, tańczących ludzi, spodki ufo i dzieci, które raczkowały przez ściany metra i emitowały swoje promienie. Chwilę później zachwycił się nimi świat sztuki, a Keith Haring spełnił marzenie o międzynarodowej karierze. Malował w Mediolanie, Paryżu, Włoszech, Belgii, czy Japonii. Na imprezy chodził z Andym Warholem i Jeanem – Michaelem Basquiatem, przyjaźnił się z Madonną, malował ciało Grace Jones. Jak tworzył? Kim był? Na te pytania odpowiada biografia artysty „Keith Haring. Linia, która zmieniła sztukę” Brada Goocha. To emocjonująca wycieczka w lata ’80 i w świat Keitha Harniga.
Brad Gooch, podobnie jak większość Nowojorczyków, na przełomie lat ’70 i ’80 jeździł po mieście głównie metrem. To, co w tamtych latach zaczęło je wyróżniać to ciągle nowe, wschodzące jak kwiaty po deszczu graffiti. Kolorowe obrazki i napisy pokrywały każdą wolną powierzchnię, artyści malowali na ścianach stacji, ale również na zewnętrznych i wewnętrznych ścianach pociągów. Dosłownie wszędzie tam, gdzie mogli. Często to byli chłopcy, dzieciaki z okolicy, mieli po 14, 15 czy 16 lat, nie brakowało im talentu. Ci starsi musieli uważać, za niszczenie mienia mogli zostać aresztowani.
W tamtym czasie Nowy Jork jako swoje miasto wybrał Keith Haring, którego podrzucił tu wraz z jego rzeczami ojciec. Keith zdecydował się tu przenieść z Pittsburgha, gdzie uczył się w szkole artystycznej. Nowojorska uczelnia SVA miała dać mu więcej przestrzeni i lepiej go przygotować do tego, co sobie zaplanował – chciał zostać artystą. Nie interesowała go sztuka użytkowa, szybka, skomercjalizowana, tylko ta tworzona z myślą o odbiorcach, wolna, twórcza, eksperymentująca. Keith musiał odnaleźć własny język artystyczny i przebić się ze swoimi dziełami do szerszej publiczności. Miał już w tym pewne doświadczenie – „większość najciekawszych dzieł Harniga powstawała poza salami uczelnianymi”, pisze w jego biografii Gooch. Jeszcze w Pittsburghu Keith malował na małych karteczkach samoprzylepnych i przyklejał je dosłownie wszędzie. Czekał i obserwował, kto się nimi zainteresuje, kto po nie sięgnie, kogo przyciągną jego „nurkowie”, czy „astronauci”. W nowojorskim metrze odnalazł przestrzeń, która już była osobliwą galerią sztuki, wizualnie zachwycającą, bo ciągle żywą i pełną energii. Nie zastanawiał się długo, tym bardziej że okazało się, że są miejsca jeszcze niezajęte i wręcz proszące się o to, aby je zamalować. Keith zaczął więc malować swoje szczekające psy, ludzkie sylwetki, spodki ufo, raczkujące dzieci od których biła poświata. To dziecko, o którym wszyscy mówili „promienne” stało się jego podpisem. Im więcej malował, tym bardziej rozpoznawalny się stawał. Często gdy tworzył zbierał się wokół niego tłum ludzi, którzy chcieli go obserwować, Keith wręczał im piny ze swoimi pracami – w niedługim czasie wiele młodych osób chodziło z nimi, stały się modnym dodatkiem.
Graffiti przypominało Haringowi, to czego nauczył się o chińskiej i japońskiej kaligrafii. „Do tego dochodził jeszcze strumień świadomości – impuls słany z umysłu do ręki, który widziałem u Dubuffeta, Marka Tobey’a i Alechinsky’ego” – podkreślał Keith. „Z wielu prac malowanych na bokach wagonów biła niesamowita wrażliwość. Autorami były dzieciaki dorastające z popowymi kreskówkami i Technicolorem, czerpiące wiedzę o kolorze z telewizji. W taki sposób ja sam nauczyłem się barw. Fascynowało mnie to wszystko, ponieważ wywodziło się z mojego pokolenia, a także spośród młodszych twórców.”
Brad Gooch widział prace Haringa pojawiające się na różnych stacjach metra, kolorowe postaci tańczące z rękami do góry, ludzi z dziurą w brzuchu, raczkujące dzieci. Zwrócił na nie uwagę i był nimi zaintrygowany tak samo jak ich twórcą – „chciałem napisać o nim powieść”, wyznaje dziennikarz. Nie zdecydował się jednak na ten ruch, napisał porywającą biografię, która spokojnie może konkurować z najlepszymi powieściami. Życie Keitha Haringa nie było długie, a jednak szybkie, pełne, pulsujące w rytmie dyskotek miasta, wypełnione sztuką i artystami, absurdalną miłością, która pozwala unosić się nad ziemią.
Pierwsza wystawa
Keith był bardzo emocjonalny i kiedy coś mu się udawało, cieszył się jak dziecko. Potrafił docenić szczęśliwe zbiegi okoliczności, ale to ciężką, intensywną pracą chciał się wybić. Jego pierwsza prawdziwa wystawa, jak sam o niej mówił, wydarzyła się jeszcze zanim Haring zaczął marzyć realnie o Nowym Jorku. W Pittsburghu miał w jednej z piwnic swoje studio, do którego pewnego razu jego opiekun zaprosił Audrey Bethel – dyrektorkę Pittsburgh Art and Crafts Center. Bethel miała okazję zobaczyć jak intensywnie pracuje Keith, spodobało jej się to. Spodobały jej się również jego prace. Kiedy więc jeden z artystów odwołał swoją wystawę w Centrum, Bethel od razu pomyślała o Haringu. Zaproponowała mu, aby pokazał swoje dzieła, do swojej dyspozycji dostał dwie sale – Clifford Gallery, do których wchodziło się po schodkach z holu galerii.
Kieth był zachwycony, nie mógł odrzucić takiej propozycji. „Miałem pierwszą prawdziwą wystawę w jednym z najbardziej pożądanych miejsc w Pittsburghu. Oprócz muzeum była to najważniejsza przestrzeń w której można się było pokazać” – mówił później. Zaczął pracować nad wystawą w momencie w którym się zgodził. Do Mattress Factory, swojego piwnicznego studia, przyciągnął duży zwój papieru przemysłowego i pokrył go w całości abstrakcyjnymi kształtami i kolorami. Dominowała tu czerwień i czerń, było mnóstwo miejsc gdzie farba była rozbryzgana, tworząc ciekawą fakturę. Dzieło nosiło tytuł: Everybody Knows Where Meat Comes From, It Comes Form the Store [Wszyscy wiedzą skąd się bierze mięso, bierze się je ze sklepu]. Nie było to jedyne dzieło w dużej skali, takie wypełniały większość jednego z dwóch pokoi wystawy, były hołdem dla twórczości Alechinsky’ego i Dubuffet’a, tusz sumi tworzył ramy kształtów, wypełniały je kolory, nadając obrazom wibrującej energii. W drugim pokoju znajdował się również labirynt stworzony z papieru rzeźniczego, który pokrywały misterne wzory – labirynt był podwieszony na suficie, a Keith pracował przy aranżacji praktycznie do samego otwarcia wystawy. Pierwszy pokój do którego wchodziła publiczność wypełniały rysunki na papierze.
Keith pracował w taki sam sposób praktycznie do końca życia, szybko i intensywnie, często w niedoczasie. Każda wystawa była żywą opowieścią, artysta tworzył swoje dzieła jednocześnie, pokrywał materiały farbami i na nie nanosił kształty, często tuszem sumi, kaligrafem. Jego zamiłowanie do papieru było widoczne również w pracach z okresu nowojorskiego, choć później przekonał się także do płótna. Ściany kolejnych galerii będą pokrywały jego prace graffiti, tworzone tu i teraz i tak ulotne jak czas wystaw.
Ta pierwsza wystawa okazała się sukcesem towarzyskim, przyszło na nią sporo osób, w tym znajomych Keitha. Była również jego rodzina. Sprzedały się jedynie dwie prace, za mniej niż sto dolarów każda. Audrey Bethel napisała za to Keithowi rekomendację do nowojorskiej SVA, w której za moment miał się zacząć uczyć. To była jego przepustka do nowego życia.
Andy, Jean i Madonna
W Nowym Jorku Keith czuł się bardzo swobodnie. Razem ze znajomymi z SVA prowadził nocne życie, włócząc się po klubach. Ich wspólnym miejscem był Klub 57. Nie tylko potrafili przetańczyć tam długie godziny, ale też organizowali się artystycznie. Keith urządzał wystawy – prosił wszystkich znajomych o ich dzieła, a ci dawali mu to, co akurat mieli pod ręką. Później razem wykorzystywali przestrzeń klubu, zamieniając ją w nietypową, undergroundową galerię sztuki. Keith przez cały czas marzył o tym, że kiedyś na jedną z takich wystaw wpadnie sam Andy Warhol, którego podziwiał i chciał poznać za wszelką cenę.
W tym czasie, w SVA Keith malował i ciągle się uczył nowych technik. Kiedyś w drodze do szkoły zaczepił go chłopak, który wyglądał interesująco. Poprosił, aby Keith pomógł mu dostać się do środka. Weszli razem, udając że rozmawiają. Tego dnia Keith zobaczył na ścianach uczelni nowe tagi i wiersze, wiedział kto je namalował, to był Jean – Michel Basquiat, który podpisywał się tagiem SAMO [Same Old Shit]. „Znałem go tylko z rysunków ulicznych i podziwiałem z daleka” – mówił później Keith. W notatniku zapisał w tym dniu: „SAMO jako podejście do zabawy w sztukę”, „SAMO jak Vincent van Gogh”.
Keith polował na Warhola nieco delikatniej niż Basquiat. Pewnego dnia zobaczył go w kawiarni i postanowił zagadać. Zupełnie szczerze opowiadał później o tym, jak nie wiedział zwyczajnie od czego miałby zacząć rozmowę z Andym Warholem. Przez jakiś czas chodził w tą i z powrotem przed kawiarnią, aż zażenowany opuścił to miejsce. Ta porażka nie oznaczała, że Keith się poddał. Andy Warhol w końcu przyszedł na jedną z jego wystaw – wtedy artystę reprezentował już Tony Shafrazi. Był to czas kiedy Keith malował razem z LA II, dzieciakiem zajmującym się graffiti. Na wystawie w Shafrazi Gallery Keith minął się z Warholem, który wpadł dosłownie ostatniego dnia, przyprowadzony przez znajomego, który próbował go zaintrygować nowym, fajnym artystą. I udało się, bo Warhol przyjechał później do pracowni Keitha, kiedy ten przygotowywał wystawę dla Fun Gallery. Keith odwiedził też studio Warhola. Wymienili się pracami – to był barter, praca za prace, bo dzieło Warhola miało wtedy zdecydowanie większą wartość rynkową niż prace Haringa. Ta znajomość zamieniła się w przyjaźń. Andy do końca życia pozostał dla Keitha gwiazdą wokół której ten mógł krążyć. Spotykali się wśród wspólnych znajomych, razem chodzi na koncerty, odwiedzali te same wystawy i eventy, podobnie jak inna wschodząca gwiazda – Madonna.
Z Madonną Keitha łączyło to, że oboje z dnia na dzień stawali się coraz bardziej sławni. Madonna tańczyła i śpiewała w klubach do których chodził Haring. Keith słynął z tego, że organizował duże imprezy również w swoim domu, jego chłopak był na nich didżejem. Pamiątką po tych szalonych rautach były drzwi lodówki na których każdy z zaproszonych gości mógł coś napisać. „Madonna kocha Keitha” – tak swoją czułość postanowiła wyrazić piosenkarka. Nie była jedna, roiło się na tych drzwiach od podpisów sławnych osób. Następna właścicielka mieszkania, po tym jak odzyskała te drzwi ze śmietnika, w 2021 roku sprzedała je na aukcji. Za 25 000 dolarów.
Sztuka Haringa była rozchwytywana, kiedyś jego dzieła chciał zakupić Richard Gere, najlepiej ich spotkanie skomentował Warhol: Gere przyszedł tylko dla Keitha. Na Imprezie Życia, czyli na urodzinach artysty śpiewały Grace Jones i Madonna, a Diana Ross dołączyła i zaśpiewała: „sto lat”. Keith przyjaźnił się Kennym Scharfem, znał Roya Lichtensteina, pracował z Buroughs’em, którego tak uwielbiał, malował drzwi w domu Picassów, mieszkał w domku zaprojektowanym przez Niki de Saint Phalle. Lista ludzi których znał, a którzy zapisali się w historii jest tak długa, że nie sposób wymienić ich wszystkich.
Międzynarodowa kariera w cieniu AIDS
Artysta nigdy nie ukrywał, że chciałby aby jego sztuka była również znana na świecie. Z Tonym Shafrazim zaczął pracować nie tylko nad wystawami w Nowym Jorku, ale też w Europie. Pierwszy raz wybrał się do Rotterdamu i wyglądał niczym turysta, podróżował niczym turysta, czuł się tak jakby przyjechał tu zwiedzać – to była pierwsza jego podróż pozakontynentalna. Duże prace Keith wiózł w tubie, te mniejsze spakował w teczkę. Miał 24 lata. W notesie zanotował: „Dzisiaj są moje urodziny. Siedzę na lotnisku w Brukseli, czekając na lot powrotny do Nowego Jorku. Wystawa w Rotterdamie poszła dobrze, podobał mi się też Amsterdam. Rysując kredą na ulicy w Amsterdamie, uświadomiłem sobie że mogę to robić gdziekolwiek na świecie (osiągając podobne rezultaty). Ale tęsknię za Nowym Jorkiem, tęsknię za Juanem. […] W ciągu roku moja sztuka zabrała mnie do Europy i postawiła w świetle reflektorów.”
Chwilę później przyszło zaproszenie z Niemiec na prestiżową wystawę Documenta 7 w Kassel. Keith pokazał na niej dwie prace, jedną w stylu Lennona – czyli psy skaczące przez otwór w brzuchu i drugą, zdecydowanie bardziej skomplikowaną – mandalę obrazującą cykl życia. Prace Haringa były pokazywane obok dzieł Andy Warhola, Donalda Judda, Anselma Kiefera, czy Richarda Serra. Ta chwila, ta wystawa to był jego ogromny sukces. Później wybrał się do Japonii, nie poleciał tam sam, zabrał ze sobą LA II z którym współpracował. Japonia go zachwyciła, swoimi wzorami pokrywał wachlarze i małe latawce. Na wystawie pojawił się taki tłum, że aby wejść do galerii trzeba było czekać dwie godziny w kolejce – „traktowali nas jak bogów”, mówił o tej wizycie Haring. Tokio stało się jego marzeniem. Po tym jak ruszył nowojorski Pop Shop, Keith chciał otworzyć sklep również tam – te plany pokrzyżowała mu jednak choroba. AIDS dało o sobie znać, pierwsza fioletowa plamka, która pojawiła się na jego ciele nie pozostawiła mu żadnych wątpliwości – Keith wiedział, że jego czas niedługo się skończy. Nie chciał zmarnować ani minuty, nawet z potwierdzoną diagnozą wciąż tworzył w szalonym tempie.
Wyjazd do Australii zapowiedział rysując w nowojorskim metrze kangura z dzieckiem w torbie. Wystawę w Kolonii reklamowało hasło: „Sztuka graffiti: Keith, Cudowny Chłopiec”. W Wenecji w 1984 roku artysta pokazał terakotowe wazony pokryte tuszem, totemy wykonane w stolarni Pedano i obrazy w stylu „przerażających potworów”. Rok później otworzył wystawę w Bordeaux ubrany w czarno-złoty frak. W Amsterdamie Keith negocjował z grupą Stad Kunst Guerilla, która ukradła mu obraz w dniu otwarcia wystawy. Był zły. A jednak to nie była pierwsza skradziona praca, w ’85 Keith nie malował już w metrze NY, bo ludzie próbowali kraść tablice reklamowe na których tworzył. Taka była cena sławy.
Malując Mur Berliński, na zaproszenie Muzeum Checkpiont Charlie, Keith czuł się jakby robił coś nielegalnego. Pogoda nie dopisywała, a on uzbrojony w farby malował na oczach tłumu i reporterów. Co jakiś czas policjant ze wschodniej strony informował go o przekroczeniu granicy, wtedy Keith szybko się wycofywał, ale tylko na moment. Mural z połączonych ludzi nie przetrwał długo, zamalowali go inni grafficiarze, dla Haringa to jednak było jedno z najważniejszych przeżyć. Była praca w Hiroszimie, nadanie mu tytułu na uroczystości w Monte Carlo przez księżną Karolinę – na które Keith i jego świta się spóźnili. Jedną z ostatnich prac jakie stworzył był sąd ostateczny, pracował w mokrej glinie klęcząc na podłodze. Dzieło było duże, Keith wykończony. Nie upłynęło wiele czasu, a Haring przestał pojawiać się w swoim studiu. Nie miał już siły. Zmarł w lutym 1990 roku.
Odchodząc z tego świata chciał zabrać ze sobą tylko jeden obraz, Fernanda Léger’a który wisiał naprzeciwko jego łóżka. Przez ostatnie lata Keith walczył z chorobą na różne sposoby, między innymi opowiadał o niej publicznie i brał udział w zbiórkach na rzecz chorych na AIDS. Dzięki niemu do fundacji wpływały całkiem znaczne kwoty. Ustanowił również fundację, która miała nie tylko opiekować się jego dziełami, ale również wspierać młodych artystów – Keith kochał malować z dziećmi.
Obecnie jego oryginalne dzieła kosztują majątek. A jednak rysunki Keitha możecie zobaczyć wszędzie, są na koszulkach, bluzach, zegarkach, biżuterii, nawet na butelkach szamponów. Kiedy tylko skończyłam pisać pierwszy, krótki materiał o książce Brada Goocha, minęłam się na chodniku z chłopakiem, który miał na sobie bluzę z tańczącym człowiekiem Harniga. To sztuka, która ma totalnie miejski charakter, jest wizualnie angażująca i pozytywnie kolorowa. Nic dziwnego, że tak ją lubimy. Nie możemy jednak zapomnieć, że Haring tworzył też rysunki zaangażowane społecznie i politycznie.

Przy pisaniu korzystałam z jednego źródła – książki „Keith Haring. Linia, która zmieniła sztukę” Brada Goocha. To co napisałam, to jednak ułamek historii artysty, a książka jest fascynująca. Dostałam ją od wydawnictwa Znak, za co bardzo dziękuję.
Zaznaczam również, że ten tekst nie jest sponsorowany.