Miłość i samotność w „Kobiecie bez cienia”

Po fantastycznym przyjęciu „Kobiety bez cienia” w Opéra National de Lyon, Mariusz Treliński przenosi ją na deski Teatru Wielkiego – Opery Narodowej. Premiera, jednej z najbardziej zniuansowanych i wymagających oper Richarda Straussa, to dla reżysera wyzwanie i przyjemność. Według niego to opowieść o miłości w świecie w którym ludzie zamykają się w swoich bańkach, tracąc przez to szerszą perspektywę oraz historia o współczesnych związkach, które służą głównie do realizacji własnych celów. I choć tematyka jest tu skomplikowana, to operę ogląda się z przyjemnością.

„Kobieta bez cienia” to nie lada gratka dla każdego z widzów, a szczególnie dla tych którzy kochają teatr i operę. Wszystko za sprawą Mariusza Trelińskiego, reżysera który z odwagą sięga po kolejne tytuły klasyków, przenosząc je na teatralne sceny na całym świecie. Reżyser uważa, że każda historia którą oglądamy powinna być aktualna i dać się przełożyć na współczesny język – wtedy jest w niej życie, a widz nie ma prawa się nudzić podążając za losami bohaterów.

Ta opowieść skupia się na kobietach, mamy tu dwie główne bohaterki, w tym tą tytułową. To ona jest punktem wyjścia do całej opowieści i to jej los konfrontuje nas z kolejnymi pytaniami: jak można nie mieć cienia? Co się za tym kryje, jaki symbol? Dlaczego wyrusza w podróż, aby go szukać? Dla Mariusza Trelińskiego opera Richarda Straussa to opowieść o kobiecie zagubionej, cierpiącej na depresję, która próbuje walczyć ze swoją melancholią i odzyskać to, co straciła. Reżyser sięgnął po filmy Larsa von Triera i Ingmara Bergmana, które stały się dla niego inspiracją, a baśniowy świat uwspółcześnił, skupiając się na palących tematach kobiecości i macierzyństwa. 

„Kobieta bez cienia” to już trzecia opera Straussa, którą pokazuje nam Mariusz Treliński. Wcześniej mieliśmy okazję zobaczyć „Salome” i „Ariadnę na Naxos”. Wszystkie trzy opowieści mogą tworzyć całość – to historie o odrzuconej miłości, w których bohaterki muszą oswoić swoją samotność, pozbierać się i podjąć próbę ułożenia sobie życia na nowo, a każda z nich robi to na swój sposób. Salome chce zemsty, to ona ją napędza. Ariadna zamyka się w sobie, pielęgnując uczucie, które przeminęło. Cesarzowa podejmuje próbę, aby ocalić siebie i wyjść z trudnej sytuacji w której się znalazła. 

Reżyser podkreśla, że każda z oper Richarda Straussa daje szerokie możliwości interpretacyjne, nic nie narzuca, więc każdy może podążać za bohaterami tak jak podpowiada mu wyobraźnia i własny tok rozumowania. To właśnie jest to, co szczególnie należy docenić w twórczości niemieckiego kompozytora. 

Richard Strauss i Hugon von Hofmannstahal współpracowali ze sobą wielokrotnie zanim postanowili wspólnie stworzyć „Kobietę bez cienia”. Proces był wieloetapowy, libretto napisane przez Hofmannstahala dość zawiłe w akcji, dramatyczne, wierszowane, stanowiło dla Straussa ryzyko – muzyka musiała nadążyć za scenami i za emocjami. A jednak Strauss zachwycił się opowieścią kolegi, a muzyka którą stworzył do tej opery do dziś uchodzi za jego najlepsze dzieło. Prapremiera miała miejsce w Wiedniu, w 1919 roku. 

Świat „Kobiety bez cienia” to świat patriarchatu, dominacji mężczyzn, w którym kobiety spełniają się jedynie jako matki. A jednak to opowieść o kobietach, o ich sile i męstwie. Zaskoczyło mnie za to przedstawienie mężczyzn, w operze Trelińskiego nie tylko kobiety są zagubione, ale mężczyźni również. Nikt tu nie jest jednoznacznie zły czy dobry, może jedynie Keikobad, który z niebios pociąga za sznurki, komplikuje i piętrzy trudności, a przecież mógłby wszystko naprawić jednym ruchem ręki – jest w końcu bogiem. Tylko czy życie bez trudów byłoby do zniesienia, czy potrafilibyśmy wtedy docenić dobro?  

Królestwem duchów rządzi Keikobad, który stracił swoją córkę. Kobieta była zmiennokształtna, a kiedy biegała jako gazela złapał ją Cesarz (Tadeusz Szlenkier) i uczynił swoją Cesarzową (Annemarie Kremer). Od tej pory uwięziona została w ludzkim ciele i relacji, której sama nie wybrała. Dla Cesarza Cesarzowa jest zdobyczą, obiektem miłości bardzo seksualnej, ale jest też jego oczkiem w głowie. Wszystko, co robi Cesarz robi dla swojej Cesarzowej. Kiedy udaje się na długie polowanie, Cesarzowa odkrywa, że bark jej cienia, jest przerażona.   

Wtedy zjawia się posłannik od Keikobada [typ tak bezczelny i niemiły, że aż budzi złość, Mamka, która jest opiekunką Cesarzowej zwyczajnie się go boi]. Mężczyzna ostrzega Cesarzową, że ma trzy dni na odnalezienie cienia i uratowanie Cesarza, jeśli jej się nie uda, jej mąż zamieni się w kamień. Cesarzowa rusza z Mamką (Lindsay Ammann) do świata ludzi, poszukać kogoś, kto zechciały jej oddać swój cień, kocha bowiem męża. W ludzkim świecie ma poznać co to ból, strata, złość, czy litość. Tak trafia do domu w którym mieszkają Barak (Laurie Vasar) i jego Żona (Lise Lindström). Są biedni, a ich związek się sypie, żona gardzi mężem i nie chce dać mu dzieci. Przyjdzie moment, że Żona doceni farbiarza [o zgrozo, kiedy ten zagrozi, że włoży ją do worka i utopi w rzece], a Cesarzowa pokocha ludzi na tyle, że zdecyduje się odejść bez cienia.

Zakończenie jest happy endem, obiecującym płodność i wielu potomków… Do tego zakończenia Treliński dopisuje jednak swoją scenę, sugerując, że dziś dla kobiet ważny jest nie tylko cień, ale też podążanie za swoimi potrzebami i wolność wyboru. 

Ta opera to historia o nieszczęśliwych i przemocowych związkach. Minęło tyle lat od premiery, a temat pozostaje ciągle aktualny. My kobiety żyjemy w najlepszym momencie historii, jesteśmy w większości wykształcone, zaradne, samowystarczalne, a jednak nadal często tkwimy w nieidealnych związkach, nasza miłość bywa odrzucana, ignorowana, deptana. Wszystkie mimo to szukamy bliskości, spełnienia i zrozumienia. Tych samych rzeczy szukają po omacku współcześni mężczyźni. Dlaczego więc nie spotykamy się w połowie drogi i nie tworzymy fajnych związków? Życie i relacje to bardzo skomplikowane sprawy, co pięknie uwypukla się w „Kobiecie bez cienia”. Tu mężczyźni tęsknią, płaczą, wybaczają, nie do końca wiedzą jak uszczęśliwić swoje kobiety, ale podejmują próbę. 

Wielkim emocjom na scenie towarzyszy muzyka – zmysłowa, oparta na kontrastach, „w której cudowne harmonie mieszają się z ostrymi dysonansami, potęga wielkiej orkiestry z intymnością kameralnego składu, arie ze scenami zespołowymi.”

Na scenie, show często kradnie scenografia – niektórzy recenzenci ubolewają, że aktorzy stoją zbyt daleko, nie w centrum sceny, ale tak by być pięknym elementem dekoracji. Miejsca akcji zmieniają się jak w kalejdoskopie, Cesarzowa z Mamką przekraczają granice kolejnych światów. Cesarzową poznajemy, kiedy snuje się po dużym mieszkaniu – jest tu nowocześnie, na tle czerni odbija się bujna, egzotyczna zieleń. To apartament w którym rządzi jej mąż Cesarz. Po obrocie platformy apartament zmienia się w biedny dom Baraka i Barakowej. Tu Barakowa zamyka się w łazience, aby się schronić przed mężem i jego braćmi. Jeszcze kilka obrotów i poznamy świat Keikobada, surowy i pusty, tak niedostępny jak sam bóg. Publiczność w trakcie przedstawienia jest zapraszana na scenę kilkukrotnie – możemy się przejrzeć w wielkim lustrze, w którym przeglądają się również nasi bohaterowie. 

Mariusz Treliński konfrontuje nas z operą, zdaje się mówić: „jesteście jej częścią”. O współczesnej miłości reżyser nie ma najlepszej opinii, uważa że to coraz częściej egoistyczne uczucie, podlegające optymalizacji naszych oczekiwań, polegające na ciągłym zmienianiu obiektów pożądania na lepsze – przesuń w prawo, przesuń w lewo, podpowiada Tinder. Treliński, być może słusznie zauważa, że amorki na obrazach często strzelają na oślep, a wyrażenie fall in love, można niedosłownie przetłumaczyć jako: upadek w miłość. I w „Kobiecie bez cienia” eros robi co chce, nie przestrzegając zasad, działając z przysłoniętymi oczami. Ma to znaczny wpływ na świat przedstawiony, ale bohaterowie ciągle mają prawo do własnych działań, kochają, ulegają, buntują się, ale też pragną porozumienia. 

„Odczytałem tę baśń jako opowieść o stanie psychicznym człowieka. Pytanie tylko, jak go nazwać. Można chorobą, depresją, ale można też powiedzieć piękniej: nocą duszy. To określenie jest pełniejsze, mówi o momencie, gdy zamykamy się w sobie, zanikamy. I tylko eros potrafi wyzwolić nas z depresji. Tylko wychodząc z własnego ciała, potrafimy spotkać innego i za tą osobą pójść. O relacji erosa i depresji opowiada wspaniała książka Byung-Chul Hana „Społeczeństwo zmęczenia”, właśnie ona stała się moim drogowskazem w tej realizacji. Zatem ta prosta bajka stała się opowieścią o naszych czasach i o tym, co się dzieje, kiedy zostajemy odrzuceni przez miłość” – mówił reżyser.*

* za e-teatr.pl/  „Warszawa. „Kobieta bez cienia” w reż. Mariusza Trelińskiego od niedzieli w TW-ON”/ w: aktualności


Dodaj komentarz

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.