Book your time!

Pisząc posty zawsze staram się wybierać książki nie tylko dobre, ale i te na czasie – nowości, które mogłyby Was zainteresować. Tym razem jednak muszę się cofnąć, bo książki które przeczytałam zostały „w zawieszeniu”. Ich recenzje publikowałam na bieżąco na Facebooku, ale na stronie nie ma po nich śladu. Szkoda by było przeoczyć te tytuły – każdy z nich jest inny, wyjątkowy, a pisarze to top of the top. Jest w tym zestawieniu ostatnia książka Rebeccki F Kuang, jest powieść Yael van der Wouden (niektórzy blogerzy ogłosili ją książką roku 2025), jest Annie Proulx, która zabiera nas na bagna i torfowiska, a ma 90 lat, jest Jenny Erpenbeck, której powieść czytałam z wypiekami i wspaniały Paweł Sołtys ze swoimi pocztówkami z Warszawy. Warto po nie sięgnąć i dać się porwać narracji. 

1/ Katabaza/ Rebecca F Kunag

Rebecca F Kuang, autorka „Wojny makowej” wydała swoją szóstą powieść. Kuang jest niezwykle bystra i inteligentna, a pisze z szybkością błyskawicy. Na rynku wydawniczym wszyscy czekali na jej nową powieść, kiedy pisarka oznajmiła, że właśnie skończyła kolejną książkę – „Taipei Story”. Zanim się ona ukaże, my możemy się zachwycić „Katabazą”. To opowieść ze świata fantasy, w której nie brak jednak odniesień do rzeczywistości – Kuang zabiera nas na kampus akademicki, żeby pokazać jak trudne i stresujące może być życie studenta, szczególnie takiego który nastawiony jest na sukces. 

Alice Law chce być najlepsza i liczy na to, że będzie mogła wspinać się po szczeblach naukowej kariery. Do tego potrzebny był jej jednak profesor Grimes – facet na którego z zachwytem patrzył cały akademicki świat i który niestety zginął w dość tragicznych okolicznościach. Alice nie zastanawia się długo, rusza do Piekła, aby wyciągnąć stamtąd Grimesa. Nie ma czasu na obmyślanie misternego planu, ale mniej więcej wie jak osiągnąć swój cel. Kiedy stoi w kredowych zaklęciach i już ma się przenieść do czeluści piekielnych, okazuje się że nie jest sama. W tej wyprawie będzie jej towarzyszył jej największy rywal, do którego kiedyś Alice czuła coś więcej… Czy się dogadają? Czy pokonają dystans który ich dzieli, żeby wyjść z tej historii cało?

”To nie jest jednak podróż do wnętrza Ziemi. To zejście w najciemniejsze rejony obsesji, lojalności i akademickiej zależności” – mówi Kunag w wywiadach. Czy czytać? Jasne, są tacy którzy zazdroszczą tym, co jeszcze tej książki nie czytali. Zaznaczam jednak, że moim zdaniem jest to lektura w głównej mierze przeznaczona dla ludzi młodych, idealna dla tych którzy sami mierzą się z wyzwaniami akademickiego życia. Jeśli czytacie po raz setny „Harrego Pottera” to „Katabaza” może być fantastycznym zamiennikiem.

2/ W dobrych rękach/ Yael van der Wouden 

Yael van der Wouden to holenderska pisarka, której książka „W dobrych rękach” w tym roku została wyróżniona nagrodą Women’s Prize for Fiction, znalazła się również na krótkiej liście Nagrody Bookera. W Polsce ukazała się nakładem Wydawnictwa Znak.

To historia która potrafi zaskoczyć, wciąga w wir narracji, gra na naszych emocjach. Główną bohaterką jest Isabel – powściągliwa i zamknięta w sobie dziewczyna, która żyje samotnie na holenderskiej wsi, co jej bardzo odpowiada. Akcja toczy się latem 1961 roku, jest upał i duchota. Dla Isabel to przełomowy moment, który wszystko zmieni. To wtedy wprowadza się do niej dziewczyna jej brata. Eva burzy uporządkowane życie bohaterki – jest żywiołowa, spontaniczna, jest totalnym przeciwieństwem Isabel. Dziewczyna czuje do Evy niechęć, która z czasem zaczyna ustępować innym uczuciom. Wszystko potoczy się dość niewinnie, ale subtelny zachwyt, nikłe przyciąganie do tej zmysłowej kobiety zmienia się w końcu w coś bardziej intensywnego. 

Ta książka to nie tylko historia o uczuciu dwóch kobiet, to również opowieść o powojennej Holandii. Tło historyczne jest tu równie ważnym elementem narracji.

3/ Kairos/ Jenny Erpenbeck

Jenny Erpenbeck w 2024 roku za „Kairos” dostała Nagrodę Bookera. To romans, trudny, niemożliwy, drażniący, który rozgrywa się w Berlinie lat ’80. Ten moment w historii to również ważny czas dla Erpenbeck, która miała wtedy tyle samo lat co jej główna bohaterka. Pisarka oprowadza nas po swoim mieście – „uruchomiłam moją pamięć, ale nie było to łatwe, więc dopytywałam też znajomych, do jakich kawiarni i miejsc chodziliśmy, jak się nazywały. Pierwszy raz przyglądałam się temu okresowi szukając informacji w książkach historycznych”, mówiła w wywiadach. Wątek miłosny to dla niej opowieść to tym, jak zmienia się relacja władzy – „są chwile równowagi i szczęścia między nimi, a później cierpienia i niepewności. Nie jest tak łatwo, jak niektórym się wydaje, wyjść ze związku w którym jest przemoc.”

On jest grubo po pięćdziesiątce, ma żonę i dziecko. Jest pisarzem, fanem muzyki klasycznej i miejscowym lowelasem. Ona dopiero wchodzi w dorosłe życie, jeszcze nie ma dwudziestu lat. Spotykają się 11 lipca 1986 roku, w autobusie. Razem przemierzają ulice, on zerka na nią, ona na niego. Idą na kawę, ona zmawia czarną bez cukru – chce żeby on potraktował ją poważnie. Rozstają się, ale on zawraca i odnajduje ją stojącą na światłach.

Dla Kathariny Hans jest pierwszą dużą miłością, ona dla niego kolejną kochanką, ale sam przed sobą przyznaje, że dziewczyna jest niezwykła, młoda, odważna, pełna życia. To dlatego tak jej pożąda, do utraty rozumu. Hans manipuluje Kathariną, stawia warunki, przyciąga ją do siebie i odpycha. Ona się na wszystko zgadza, bo każda chwila spędzona z nim to dla niej szczęście. Ich związek od początku zmierza do katastrofy.

Jenny Erpenbeck rozgrywa romans między Kathariną, a Hansem na tle podzielonego murem Berlina. Oni żyją po jego wschodniej stronie, tej ciemniejszej, bardziej szarej, w której ludzie cały czas dostrzegają ciut wyraźniej dziury po kulach naznaczające mury. A jednak tu też na wiosnę kwitną kasztany. Miasto, podanie jak kochankowie zmierza do upadku. Połączenie dwóch różnych światów, mimo iż większość zakłada, że to szczęśliwy moment w historii, okaże się bardzo trudne.

„Kairos” to pięknie napisana powieść, o miłości i stracie, o zdradzie i cierpieniu. Erpenbeck pokazuje nam bardzo prywatny świat dwojga ludzi, którzy szukają spełnienia, w tle jest muzyka poważna, teatr, poezja – to taki artystyczny kalendarz tamtych lat. Jest też Berlin, tętniący kawiarnianym życiem, nad którym unosi się cień. Wszystko to jest szalenie ciekawe, wciągające. Tylko Hans, który jest samolubny i egoistyczny do granic możliwości, sprawia że czytanie staje się makabrą – trudno się na niego nie wkurzać, dosłownie. Mimo to, bardzo Wam polecam, to jedna z tych książek, po które warto sięgnąć.

4/ Bagna, mokradła, torfowiska. Opowieści o znikaniu/ Annie Proulx

Skusiła mnie okładka, skusiła mnie autorka. No i oczywiście ten opis…

Okładka jest piękna – sielska i zielona, obiecuje wyprawę w naturę, w nieznane. Tytuł: Bagna, mokradła, torfowiska. Opowieści o znikaniu”. Autorka: Annie Proulx – chyba każdy kojarzy ją z „Tajemnicą Brokeback Mountain”, „Kronikami portowymi”, czy „Drwalami”. Teraz ma 90 lat, to niesamowite i zaskakujące, tym bardziej że Annie przyleciała do Polski i wybrała się na spacer po Puszczy Białowieskiej. Jej przewodnikiem był nie kto inny jak Adam Wajrak.

Puszcza była sucha jak wiór, brakowało w niej tej wody która zawsze nadawała miękkości podłożu, która sprawiała że roślinność mieniła się tysiącem odcieni zieleni. Kiedy była tam Annie można było zauważyć nie tylko zniszczenia spowodowane działalnością człowieka, ale i postępujące odwodnienie terenu. A mimo to Puszcza pozostaje domem dla wielu gatunków roślin i zwierząt, nadal urzeka swoim pięknem. „Szkoda, że nie miałam okazji poznać tego miejsca wcześniej” – pisze Proulx.

Zanim otworzyłam książkę, przeczytałam opis. Była w nim obietnica, że spacer z Proulx to nie tylko wycieczka po mokradłach, naukowe dane – wiedza Annie jest przytłaczająco duża, osobiste spostrzeżenia, ale też opowieść o tajemnicach, które bagienne tereny ukrywają w swoich warstwach. A te warstwy są naprawę wiekowe.

Skusił mnie więc „człowiek z Tollund, a także rudowłosa Dziewczyna z Yde oraz Dziecko z Windeby. To tylko trzy przykłady doskonale zachowanych ciał znalezionych na bagnach. Skąd się wzięły? Jak umarły? Czy były to ofiary poświęcone bogom, straceni skazańcy, a może po prostu pechowi wędrowcy? Torfowiska kryją w sobie wiele pamiątek po naszej przeszłości, które rozpalają tlącą się w każdym człowieku potrzebę snucia opowieści.

Pożary zombie, czyli ogniska, które choć pozornie zgaszone, tlą się niezauważalnie pod ziemią przez całą zimę, by z cieplejszą wiosną wybuchnąć na nowo. Podróżująca po Syberii misjonarka i pielęgniarka Kate Marsden wspomina, jak ziemia zaczynała dudnić, jakby kopyta koni ciągnących sanie uderzały w bęben. Potem nagle pękała, a koń spadał prosto w szalejący pod powierzchnią torfowiska ogień.

Wiwianit, ukrywający się w bryłach torfu uwodniony fosforan żelaza, który błękitnieje w kontakcie z powietrzem. Jan Vermeer użył go do namalowania tła dywanu w obrazie U stręczycielki. Kolor, z początku intensywnie błękitny, z biegiem lat wyblakł do przygaszonej szarozieleni.”

Wciągnęłam się bezpowrotnie w chodzenie po bagnach, mokradłach, torfowiskach. Czasami zdarza mi się utknąć, teren jest trudny – dużo nowych słów i pojęć, na szczęście Annie wszystkie je wyjaśnia. Przesłanie autorki jest jedno: zacznijmy chronić to co mamy najcenniejszego – naturalne i dzikie obszary, które nie tylko są piękne, ale budują równowagę w środowisku w którym przyszło nam żyć.

5/ Monolok/ Paweł Sołtys

„Bo to przecież różnie bywało, czasem świat, czyli Grochów, wyglądał, jakby ktoś przy przycinaniu baczków ciachnął ucho. A czasem jak niezamiecione włosy ułożone w dziwne podłogowe pukle. I piękne, i straszne trochę.”*

Paweł Sołtys w swojej najnowszej książce zabiera nas na Grochów, na wycieczkę po wspomnieniach grochowskiego fryzjera. To historie i opowieści, które ten zbierał przez całą swoją fryzjerską karierę – „to są takie rzeczy, panie, co się w nie nie wierzy. Jakby ktoś książkę w życie przepisał. I to z błędami”. – podkreśla nasz narrator. I zdecydowanie ma rację, bo to wielogłos utkany ze zdarzeń dnia codziennego, a jednak często takich w które wierzyć nie chcemy lub w które uwierzyć zwyczajnie ciężko. Kalejdoskop postaci zaczyna się od Janka, który poślizgnął się na zalodzonym chodniku, poślizgnął się na amen. Są tu Cyganie, uwięzieni w swoich domach, są gangsterzy – przemytnicy, mężczyzna w krawacie Kennedy’ego, chłopak z garbem co zbudował Pałac Kultury z zapałek, starsza babka od kotów i gołębiarze, ojciec pana młodego który próbował księżyc ustrzelić w pijackim amoku, są literaci i siostry tarocistki, ludzie którzy przetrwali wojnę i którzy słuchają bicia dzwonów. Nasz narrator zmienia historie tak szybko jakby prowadził newsroom, co rusz to ktoś nowy, co rusz to zaskoczenie. Między wierszami poznajemy również jego, chłopca z domu dziecka, co chciał uczyć się na fryzjera, mężczyznę zakochanego w swojej żonie, w mieście, pracy i ludziach, który lubił słuchać i opowiadać. I w tym słuchaniu i opowiadaniu jest dobry.  

W „Monoloku” liczą się ludzkie historie, a ich integralną częścią jest język, którym są opowiadane. To język klimatyczny, grochowski, trochę „pod włos”. Mężczyźni piją tu na pięć przechyłów, dobry barman daje się każdej opowieści dotoczyć do końca, jakie by w niej farmazony nie błyszczały, złodziejskie zamki z bara policyjnego się otwierają, na mocniejsze popchnięcie. Pikuś tu powarkuje, ale jego pan już nie, bo ma majcherek elegancko w wątrobie. I tak to życie na Grochowie leci, szybko wolno szybko… a język stanowi jego ramy, pozwala je okiełznać, opowiedzieć i zachować. Bo to z czego narrator świetnie zdaje sobie sprawę to ulotność i przemijanie, świat który był jego światem znika pod nową warstwą, odchodzi do lamusa. 

„Leżało to pisanie u nas w dolnej szufladzie, ale może warto je przeczytać znowu, bo co by tam mówić, wyszło panu Andrzejowi. Inne to jest, „literackie”. Ale historia stąd, choć pewnie zmyślona. Za to jak! Pamiętam, że czytałem to pierwszy raz w zakładzie po zamknięciu. Ciemno już na całej dzielnicy, tyle światła co z okien i latarnii. Może jeszcze księżyc na dobitkę. I ten dziwny stan, jak bywa przy czytaniu, które nie zostawia cię takim samym jak przed.”*

„Monolok” czyta się świetnie, jest tu melancholia okraszona humorem, gęsty język, i ciekawe postaci, dobrane bardzo demokratycznie – co zostało podkreślone na okładce. To lektura do połknięcia na raz, literacka uczta, która pochłania i wciąga. 

 *pod gwiazdkami fragmenty „Monolok”/ Paweł Sołtys/ @wydawnictwo Czarne


Dodaj komentarz

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.