Jej kariera zaczęła się dość niefortunnie. Jessie Buckley została odrzucona w programie, który miał być jej przepustką do aktorstwa. Dziś jest faworytką w wyścigu po Oscara, zachwyca w Hamnecie Chloe Zhao i w nowym filmie Maggie Gyllenhaal o narzeczonej Frankensteina. Oba możecie oglądać w kinach. Ale to nie wszystko, Jessie niedawno została mamą – „moje życie nabrało nowego znaczenia, to zupełnie inny wymiar”, mówi w wywiadach.
Jeszcze niedawno nazwisko Jessie Buckley nie wywoływało takich emocji jak dziś. Mało kto kojarzył aktorkę i jej role, a przecież Buckley ma się czym pochwalić. Frances McDormand mówi o niej, że jest jedną z tych aktorek, które pracują z radością, „a to nie zdarza się już tak często”, dodaje. „Buckley ma duże wyczucie, wie kiedy historia potrzebuje nuty sentymentu, ale gra tak aby nie było sentymentalnie. Ma serce po prawej stronie” – podkreśla w rozmowie McDormand. Buckley zachwyca się również Eddie Redmayne, który zdradza że nie zna nikogo z branży, kto nie lubiłby Buckley. „Jessie nie znosi głupców i gadania głupot. Uwielbia negroni i martini, wybiera je w zależności od tego w jakim towarzystwie się znajduje… Jest jedną z moich ulubionych osób na świecie.”
Po internecie krążą dziś żarty, bo Buckley, ta olśniewająca, emocjonalna aktorka zgarnęła do tej pory wszystkie najważniejsze nagrody filmowe za rolę Agnes w filmie Chloe Zhao. A to sprawia, że jest numerem jeden w wyścigu po Oscara – „nie ma jak obstawiać, kto wygra Oscara dla najlepszej aktorki pierwszoplanowej… ten kto nie stawia na Buckley, przegra”, ”wyścig po Oscara stał się nudną rozrywką, Buckley już ma go w kieszeni” – komentują z przymróżeniem oka internauci. Jak to jest być numerem jeden? Aktorka odpowiada, że czuje się jak „zając w świetle reflektorów”, ale prawda jest taka, że chodzenie po czerwonym dywanie sprawia jej przyjemność, tak samo jak piękne stroje. Jej priorytetem pozostaje jednak bycie mamą – „w jednej chwili uśmiecham się do zdjęć, w drugiej karmię dziecko”, przyznaje bez ogródek.
Dla dziennikarzy jest miła, chętnie się otwiera, rozmawia o życiu, rolach, domu i ogrodzie – „w którym niewiele jej się udało wychodować samodzielnie”. Z entuzjazmem pyta o programy rozrywkowe, które lubi, opowiada o Rachel Cusk na której punkcie ma obsesję, czy o dziełach Jenny Saville. A kariera? „Przygotowując się do wywiadu obejrzałam wszystkie jej filmy” – notuje dziennikarka Vogue. „[Buckley] ma niesamowite zdolności jeśli chodzi o posługiwanie się różnymi akcentami. Myślę, że opanowała ich tyle, co sama Maryl Streep. Każda rola to inna Jessie, przypuszczam, że przez ostatnie 10 lat mogła przefarbować swoje włosy jakieś sto razy. Być może dlatego tak trudno ją rozpoznać i połączyć z rolami, które grała? Cały ten czas zostawała poza naszym radarem.”

„Moje włosy to jeden z tych elementów, który pozwala mi się ukryć, wejść w rolę” – potwierdza aktorka.
W rozmowie z nią nie ma tematów taboo. Niektórych dziennikarzy zaprasza do swojego domu, a mieszka w urokliwym, starym domu, który cały czas nosi ślady przeszłości. Jedno czego nie zdradza i nie zdradzi, dziennikarzom również nie wolno, to tożsamość jej męża. Poznała go pięć lat temu, przez wspólnego znajomego. Poszli na randkę w ciemno, która skończyła się maratonem po Broadway Market. Swój ślub zaplanowali w siedem tygodni. Nie było wielu gości, za to były tosty z serem, Guinness i śpiewanie przy ognisku. Dlaczego go ukrywa przed światem? „Mój mąż jest psychiatrą, sława nie idzie w parze z jego zawodową karierą” – tłumaczy aktorka.
Ich córeczka nie ma nawet sześciu miesięcy, dla pary to niezwykle intensywny okres. Dla Jessie to jazda bez trzymanki, dwa duże filmy, promocja, rozdania kolejnych nagród na kolejnych festiwalach, dziecko, które sobie wymarzyła. „Wszystko dla mnie jest nowe, odkrywam świat, męża, staram się na nowo poukładać obowiązki związane z pracą, moje dziecko jest dla mnie nowością i moje macierzyństwo – ja jestem nowa. To kosmos” – śmieje się aktorka. „Z moją córką czuję się często tak, jakbym miała żuka na swoich plecach.”
Ten życiowy twist zaczął się około dwóch lat temu w Colorado. Buckley została zaproszona na Telluride Film Festival. „Był tam chyba każdy, była Cate Blanchette, która promowała swój film… byli wszyscy moi idole, dosłownie” – wspomina. „W pewnym momencie zauważyłam, że zmierza w moim kierunku Chloe Zhao, pomyślałam: „co do diabła?” Zhao na swoim koncie miała już „Nomadland”, a w kieszeni prawa do adaptacji książki Maggie O’Farrell – „Hamnet”. To historia, która nie skupia się na życiu i twórczości Szekspira, ale na jego żonie – Agnes. Opowiada o miłości, przeciwnościach losu i w końcu o stracie dziecka. Zhao wiedziała, że nie ma innej aktorki, którą chciałaby obsadzić w roli Agnes, chciała Jessie Buckley.
O’Farrell i Zhao opowiadają własną wersję historii Agnes – tu jest dziewczyną z lasu, która kocha zwierzęta i zioła, która rodzi zgodnie z prawami natury i która wybiera wieś ponad miasto i karierę męża. Buckley pokazała na ekranie całą paletę emocji – szczęście, rozdzierający ból, złość, smutek. Sceny w których rodzi, czy ta w której umiera syn Agnes wstrząsają widzami do samych kości. W krzyku Agnes jest emocjonalna prawda.

Na długo zanim wystartowały zdjęcia, Buckley wypożyczyła z rekwizytorni ciążowy brzuch. „Chciałam poczuć jego ciężar, przyzwyczaić się do niego” – wyznaje aktorka. Nosiła go w domu i w ogrodzie, a jej mąż żartował, że jego żona totalnie zwariowała. Dziś Buckley mówi, że to dzięki tej roli otworzyła się na macierzyństwo – „rola Agnes sprawiła, że zapragnęłam odnaleźć tę cząstkę siebie, której do tej pory nie miałam szansy odkryć”. Zdjęcia do filmu skończyły się we wrześniu 2024 roku, a Jessie już kilka dni później wiedziała, że jest w ciąży. Tuż przed porodem oglądała praktycznie do końca zmontowany film, a jej pierwsze wyjście z domu jako świeżej matki to był pierwszy pokaz „Hamneta” dla prasy. „Wszyscy na nim płakali, ktoś pobiegł do sklepu i przyniósł chusteczki” – mówi aktorka.
Jessie urodziła się w County Kerry, pięknym zielonym zakątku Irlandii, gdzie urzekają skaliste klify, rozległe łąki i dzikie ścieżki. Jej ojciec Tim był poetą, pracował w hotelu przy Kenmare Bay. Jej mama – Marina, była zawodową śpiewaczką operową, która porzuciła karierę i została nauczycielką śpiewu. Jessie jest najstarszym z pięciorga dzieci. Lata ’90 w Irlandii nie były czasem łatwym dla wielu rodzin, ale Jessie nie narzeka – „nasze bogactwo polegało na tym, że mogliśmy przebywać na świeżym powietrzu, w naturze, bez limitu.” W wywiadzie dla Vogue mówi, że kontakt z naturą jest dla niej nadal niebywale ważny, daje jej poczucie wolności większe niż jakiekolwiek pieniądze, nawet te zarobione na planach filmowych.
Jako dziecko Buckley uczyła się w szkole Sióstr Urszulanek. Lubiła grać na instrumentach, dostawała role w przedstawieniach – głównie męskie ze względu na swoją aparycję. Ogólnie wspomina, że nie czuła się tam dobrze, i okazała się bardzo kiepskim uczniem. „Cały czas słyszałam, że mam być mała, że mam się nie wychylać, nie dyskutować. Nie być zbyt mądra. Czułam się zagubiona, bo nie spełniałam oczekiwań, nie byłam taka jak wszyscy chcieli. Chcąc się dostosować, całą swoją osobowość wpychałam do środka, ukrywałam, a przecież to jest wyniszczający proces, szczególnie dla dziecka, dla dziewczynki która staje się kobietą. Przyszedł taki moment, że nie wytrzymałam, doszłam do wniosku, że nie chcę dłużej słuchać rzeczy, które mi nie służą, chcę życia” – wspomina.
W 2007 roku, po ukończeniu szkoły Jessie postanowiła spróbować swoich sił, złożyła aplikację do Guildhall School of Music & Drama. W 2008 roku miała przesłuchanie i niestety została odrzucona. Szczęśliwy traf chciał, że w tym samym czasie BBC miało przesłuchania do programu typu reality I’d Do Anything – szukano osób do głównych ról w musicalu Oliver!, w projekt byli zaangażowani Andrew Lloyd Webber i Cameron Mackintosh. Buckley nie odpuściła tej szansy i ustawiła się w kolejce na przesłuchanie. Dostała się, doszła do finału, ale ostatecznie przegrała w nim z Jodie Prenger. „Nie czułam się dobrze, byłam przygnębiona i depresyjna” – mówi o tym doświadczeniu. Na oczach całego świata, przekonywała że da z siebie wszystko i nawet trochę więcej. Jury rzucało w jej stronę niewybredne komentarze o jej wyglądzie i o tym, jak porusza się na obcasach – miała być bardziej kobieca, jeśli chciała zostać gwiazdą. Wtedy Buckley nie zdawała sobie sprawy jak ta sytuacja na nią wpływa. „Myślałam o tym, że to trudne doświadczenie przez które muszę przejść” – podkreśla, zaznaczając że ma nadzieję, że czasy poniżania i nierealnych standardów odejdą na dobre.
Zaproponowano jej, żeby została dublerką Prenger – „odrzuciłam tę propozycję, nie miałam najmniejszych wątpliwości, że nie chcę w tym dłużej uczestniczyć. Byłam przekonana, że jakoś sobie poradzę, mimo wszystko.” Szukała miejsca dla siebie i znalazła je w małym teatrze – Menier Chocolate Factory Theatre. Za swoje występy nie dostawała dużo, nie starczało jej pieniędzy na powrót taksówką, więc do domu wracała piechotą. Eddie Redmayne wspomina, że widział ją wielokrotnie wsiadającą po występach na limonkowy rower. Jessie dorabiała również śpiewając – „to był fajny czas, piliśmy drinki i śpiewaliśmy akompaniując orkiestrze. Czułam się tak, jakbym się przeniosła w czasie, każda noc miała nowy potencjał, mogło się wydarzyć coś szczególnego”, mówi.
I tak się stało. Pewnej nocy Tony Bernstein słyszał jak Jessie śpiewa i zaproponował jej stypendium, które przyjęła. Rozpoczęła naukę w Royal Academy of Dramatic Art. Okazało się, że chętnie jest obsadzana w rolach bardzo klasycznych. Akademia jednak miała ścisłe wytyczne, że aktorom nie wolno podejmować pracy zarobkowej związanej z zawodem, Jessie śpiewała – „znów poczułam się niepewnie, myślałam o tym żeby zrezygnować”, mówi. Ten pomysł wybił jej z głowy jeden z profesorów. Buckley otrzymała dyplom w 2013 roku.
Z dyplomem w ręce trafiła na scenę teatru The Globe – dokładnie tego samego, w którym rozgrywany jest finał „Hamneta”. Zagrała w „Burzy”, później w „Henryku V”. Spełnieniem jej marzeń była jednak rola, którą zaproponował jej Kenneth Branagh. W „Zimowej opowieści” Jessie miała okazję zagrać u boku swojej idolki Judi Dench – od kiedy zobaczyła ją na scenie jako dziewczynka, marzyła o takiej samej karierze.

Szersza publiczność poznała ją w 2018 roku, kiedy zagrała w filmie „Pod ciemnymi gwiazdami”. Jest tam taka młoda, rude loki podkreślają jej lekko okrągłą twarz. Pierwszą nominację do Oscara dostała za film „Córka”, gdzie grała młodszą Ledę, straszą zagrała Olivia Colman. Colman uważa Buckley za swoją przyjaciółkę, odkąd się znają utrzymują kontakt – „ta relacja jest na życie”, „Jessie to najbardziej zabawną osobą jaką znam”, mówi aktorka. Na plan „Córki” Jessie zaprosiła Maggie Gyllenhaal. To wtedy zaiskrzyło między nimi na tyle, że Gyllenhaal przygotowując swój najnowszy film postanowiła obsadzić ją w głównej roli.
„Panna młoda!” to opowieść ze świata Frankensteina – w pierwotnej wersji Potwór/ Istota jest do końca samotny, jego ukochana umiera nieodwołalnie. Gyllenhaal zaś daje mu pannę, która uwikłana w mafijne interesy traci życie, a jednak zostaje ożywiona – tak jak on istnieje gdzieś na granicy życia i śmierci. To rola została napisana z myślą o aktorce, która potrafi pokazać na ekranie wszystkie emocje, nie boi się bólu i szaleństwa. Gyllenhaal chciała tylko Buckley, ale studio zgłosiło sprzeciw. Reżyserka zaryzykowała.
Głównym zarzutem wobec Buckley było to, że nie jest dość znana. Owszem zagrała u Gyllenhaal, była dobra w swojej roli, a jednak nie miała konta na mediach społecznościowych, nie miała fanów i nikt jej nie śledził. A przecież to miał być film wysokobudżetowy, duże pieniądze, duże ryzyko. „Będąc całkiem szczerą, to nikt nie chciał mnie na planie tego filmu. Nikt ze studia. Nigdy nie nakręciłam nic dla Marvela, nie mam konta na Instagramie, byłam dla nich wielką niewiadomą, aktorką obłożoną dużym ryzykiem. To było dla studia dość kłopotliwe. Ale Maggie była bardzo stanowcza: ‚nakręcę film tylko wtedy, kiedy główną rolę dostanie Buckley’ – tak powiedziała.”, wspomina aktorka. Gyllenhaal ujmuje to tak: „potrzebowałam kogoś, kto zagra tak jak Emma Stone w La La Land, ale w mroczniejszej scenerii i bardziej w stylu gotyckiego horroru. Kto mógłby to zrobić lepiej? Jessie ma w sobie doświadczenia chyba każdego człowieka, to chodzące lustro.”
Buckley dała na planie „Panny młodej!” czadu, gra aż trzy różne postaci, w tym samą Mary Shelley, autorkę książki o Frankensteinie. Ma trzy różne kolory włosów, które odróżniają jej postaci. Najbardziej ekscentryczna jest oczywiście jako wybranka Potwora – jej umazana atramentem skóra i suknia, czarne usta, potargane białe włosy od razu wywołują efekt – myślimy: niespełna rozumu jest ta istota. To Buckley niesie na swoich barkach ten film, jest pełna życia, szalona, po prostu nie do zatrzymania.

Jessie przy każdym filmie gromadzi rysunki, zdjęcia, materiał wizualny, który pomaga jej wczuć się w rolę. Tym razem zwróciła się ku „Staremu Hollywood” – „to dlatego, że akcja filmu rozgrywa się w 1930 roku, a Ida i Panna Młoda są kobietami, które idą przez życie starając się przetrwać. Chciałam żeby mój głos i moje ruchy naśladowały gwiazdy z tamtych lat, na przykład Barbarę Stanwyck, ona była wyjątkowa. I tak zaczęłam budować je wszystkie” – mówi Jessie. W swojej przyczepie całą jedną ściankę pokryła zdjęciami, każda z postaci miała swoją kolumnę – „patrzyłam na te fotki i czułam, o dziś będę wyglądać tak i grać tak”, wspomina. To co odróżnia jej przygotowania do tego filmu od jej pozostałych projektów to taniec – „uczyłam się tańczyć i wyrażać za pomocą mojego ciała, to niesamowite doświadczenie.”
Zanim ruszyły zdjęcia i kamera poszła w ruch, Buckley miała gotowy pomysł na swoje postaci – „lubię mieć wszystko obcykane, przygotowane i pewne, tak że jak wchodzę na plan zdjęciowy to mogę puścić kierownicę i dać się ponieść, nie myśląc i nie analizując tego co robię. Zdawałam sobie też sprawę, że gram z Christianem Balem, a przecież to gigant kina, nasze energie się zderzały na planie przez cały czas, musiałam być pewna siebie w tym spotkaniu.”
Buckley jest dość wybredna, wybiera role, które stanowią dla niej wyzwanie, są niejednoznaczne, trudne, wymagające – „to o wiele ciekawsze niż granie cały czas tego samego, w kółko”, mówi. Ale to też bardziej ryzykowna ścieżka kariery. Paul Mescal, który wcielał się w Szekspira w filmie Zhao, podziwia Buckley za jej podejście do życia i kariery. „Chciałbym być dokładnie taki jak ona [Jessie], kiedy dorosnę, w sensie tak pewny siebie i tego co robię i jak gram. Podziwiam też jej brak zainteresowania błyskotkami, które kariera oferuje ludziom. Jessie jest bardzo solidną aktorką, jest seksowna, ciekawa i ufa swojej intuicji.”
Czy Buckley boi się, że teraz sława uderzy jej wodą sodową do głowy? „Trochę tak, ale przecież są rzeczy i ludzie w moim życiu, którzy trzymają mnie na ziemi. Z resztą moją pracą jest być człowiekiem, sprawić że ludzie poczują coś więcej, nie mogę więc sobie pozwolić na bycie nieobecną, czy niezaangażowaną”, wyjaśnia. „Ale bycie w ciąży i zostanie matką, sprawiło że poczułam się jak gigant” – mówi dziennikarce Vogue. „Teraz właśnie tak chcę się czuć. Jestem wielka!” – mówi i jednocześnie żartuje.
Ciekawe jak się poczuje, kiedy stanie na scenie żeby odebrać Oscara, który tak bardzo jej się należy.
Przy pisaniu korzystałam z materiałów: Vogue UK, Entertaiment Weekly