Książki o wampirach nigdy nie wychodzą z mody i nigdy się nie nudzą. Tym razem mamy historię wampirzycy, która nie tylko próbuje przetrwać, ona próbuje żyć. Marina Yuszczuk w swojej najnowszej powieści „Pragnienie” zabiera nas do dusznego Buenos Aires, gdzie jej bohaterka postanawia zapuścić korzenie. Niezłą konkurencją dla wampirów jest romans, w tym zestawieniu mamy aż dwa. Erin Somers pisze o młodych małżeństwach i nieodpartej pokusie, jej bohaterowie zastanawiają się czy w życiu jest coś więcej i czy dla tego „więcej” warto zaryzykować to, co się ma. Małgorzata Domagalik na bohaterkę wybrała kobietę, która nie boi się samotności i pisze o tym książkę. W jej życiu pojawia się aż dwóch adoratorów, którego wybierze Mara? Marcin Wicha pisze o rzeczach prostych, tu narrację buduje jego mądrość, spostrzegawczość i elastyczny język. Czyta się to wspaniale. Percival Everett w „Drzewach” rozprawia się z rasizmem amerykańskim – jego najnowsza powieść to kryminał, w którym wszystko jest możliwe.
1/ Pragnienie/ Marina Yuszczuk
Obiecuję, że choć są tu wampiry, to „Pragnienie” nie jest powtórką z rozrywki. Marina Yuszczuk przekonuje, że nawet w tych dziwnych istotach, zatrzymanych na granicy śmierci krąży krew, smutek, przerażenie i miłość. Ich serca biją dla niektórych ludzi szybciej, choć rozsądek często się gubi w nienasyconym pragnieniu…a one potrafią być bardzo brutalne.
Ta historia zaczyna się tak:
Wieki temu w szarej, smutnej i biednej Europie wiejskie matki często nie były w stanie wykarmić swoich dzieci. Te dzieci posyłały do lasów, aby nigdy nie wróciły, lub odprowadzały je do kogoś bardziej zamożnego, być może w nadziei, że uda im się przetrwać. Nasza bohaterka też została porzucona w taki sposób, odprowadzona do Stwórcy, choć jej matka wiedziała, że oddaje ją prawdopodobnie na śmierć. Ta jednak nie zginęła, lecz zaczęła się żywić krwią. A kiedy skończył się dobry czas dla wampirów w Europie, postanowiła wsiąść na statek i popłynąć po nowe życie. To życie zaczęła w XIX-wiecznym Buenos Aires, gdzie uwodziła i zabijała, zafascynowana swoimi ofiarami. Ale i to kiedyś musiało się skończyć.
Współczesne Buenos Aires to zupełnie inne miejsce niż znała nasza wampirzyca, pełne świateł i samochodów, kamer i drobnych przestępców. Rzeka, port, stary cmentarz zostały obudowane nowoczesnością, dla kogoś kto przespał wiele lat, ten nowy świat to chaos. Ktoś jednak sprawia, że nasza wampirzyca znów pragnie poczuć smak krwi, smak życia. Jej myśli wędrują do ciała młodej kobiety, której ciekawość pchnęła ją do wejścia do starego grobowca na cmentarzu La Recoleta. Nasza druga bohaterka to młoda matka, rozwódka i oddana córka, która patrzy jak odchodzi jej matka, powoli znikająca od trawiącej ją choroby. To od matki dostaje kluczyk do grobowca i kartkę, gdzie napisano słowo: nie. Śmierć jej jednak towarzyszy cały czas, pcha ją na cmentarz, i wbrew instynktowi, ale zgodnie z racjonalnym myśleniem, podpowiada, żeby sprawdziła co kryje się w mroku.
„Pragnienie” Mariny Yuszczuk, argentyńskiej pisarki nie jest jedynie opowieścią o wampirach, to nie powtórka z Draculi, a powieść w której życie mocno splata się ze śmiercią. Pragnienie to nie tylko głód krwi, ale życia i tego wszystkiego co jest w nim najważniejsze – miłości, zrozumienia, bezpieczeństwa. Yuszczuk eksploruje nie tylko trawiące ludzi i wampiry pożądanie. Bada bliskość i nieuchronność śmierci, oswaja z nią czytelnika, włóczy go po cmentarzach, zabiera do ciemnych grobowców. Swoim bohaterkom nie pozwala się poddać – być może kiedyś poczują się spełnione, zrozumiane, odnajdą się na nowo.
Ta książka to również lekko i sprawnie napisana powieść przygodowa. Nasza wampirzyca nie raz przekracza granice rozsądku, bawiąc się z ludźmi i urządzając się w Buenos Aires. Potrafi być delikatna, czuła, ale też mroczna, niebezpieczna i bezwględna. Jej zainteresowanie może być zarówno darem jak i przekleństwem.
Przyznajcie sami, brzmi to ciekawie.

2/ Proste rzeczy/ Marcin Wicha
Świat „Prostych rzeczy” to świat skupiony w soczewce oka Marcina Wichy i wyrażony w słowach. Marcin pisał celnie, zaskakująco i dość zabawnie, choć czytając czasem śmiejemy się mimo woli. Autor opowiada nam o designie, o społeczeństwie, o ludziach, o tym co pokryło się kurzem, a co mimo wszystko trwa, choć nie powinno.
Wicha zabiera nas do szkoły – gdzie szatnie przypominają więzienia, a nauczyciele walczą z podstawą programową, opowiada nam o politykach, rysownikach i zwykłych obywatelach, są w jego książce panie które serwują kawę i panowie, co budowali Warszawę. Marcin narzeka na klamki z Castoramy, śmieje się z kabli, które wyłażą na każdym zdjęciu, choć nikt ich tam nie chce, i martwi się, że coś przeminęło bezpowrotnie – wiecie, że już nigdy nie kupimy w Ikei stojaka na płyty CD, bo produkt wycofano ze sprzedaży. Ja nawet o tym nie pomyślałam. Pan Kropelka patrzy na Wichę i nie może wręcz uwierzyć, że umywalka jest, a nie ma kolanka. Gumowe kaczki podróżują w tym czasie po świecie, docierając do Grenlandii i na Hawaje…
Proste rzeczy są trochę sentymentalne, co jest urzekające. Pisarz karci nasz konsumpcjonizm, opowiadając o Gwiezdnych Wojnach – w których wszyscy wszystko naprawiają, nikt tam nie kupuje nowego statku i nie marzy o nowym gwiezdnym mieczu, jak Harry Potter o najnowszym modelu miotły Nimbus 2000. Opowiada historię Misia Paddingtona, który swoje imię wziął od stacji na której go znaleziono – „był przecież imigrantem”, podkreśla w tekście.
Jego inteligentne postrzeganie i opisywanie życia, sprawia że czytanie „Rzeczy prostych” to czysta przyjemność. Wartość rozrywkowa też jest tu na poziomie. Bywa rozbrajający, szarżuje zdaniami, zaczyna od małych, wydawałoby się nieistotnych czasem rzeczy i otwiera nam oczy na szerszą perspektywę.
Jest tu taki tekst, w którym pojedynek toczy Donald Trump i media. Trudno zdecydować kto wygrywa, Donald raz jest na wozie, a raz pod wozem. I mimo, że tekst powstał dawno, wydaje się, że niewiele się zmieniło, a Wicha pisał o tym tak:
„W 2016 roku Donald Trump zarzucił mediom, że celowo go ośmieszają. Podczas spotkania z szefostwem NBC polityk poskarżył się, że telewizja złośliwie pokazuje jego zwielokrotniony podbródek. Posunął się do tego, że zademonstrował, jak naprawdę wygląda (uniósł brodę w górę) oraz jak jest przedstawiany (opuścił brodę w dół). W odpowiedzi szefowa stacji zapewniła, że aktualne zdjęcie na stronie internetowej jest już bardzo miłe (very nice).
Musiała to być groteskowa scena, ale Donald Trump ma prawo być przewrażliwiony. Wielokrotnie padał ofiarą fotograficznej i rysunkowej przemocy. Jego fryzura to wielki temat okładek prasowych. W ciągu ostatnich miesięcy przedstawiano ją na tysiąc sposobów. Podskakiwała. Wskazywała kierunek. Czasami odrywała się od właściciela i lądowała na cudzych czaszkach. The Economist zarzucał ją na Biały Dom, a Der Spiegel zamieniał w ogon morderczej komety.
Na okładkach Time’a i New Yorkera koafiura zmokła. Opadła i rozpłynęła się po czaszce. To marzenie liberałów: pozbawić Trumpa szpica, czuba, magicznego rogu, a stanie się bezradny i potulny. Ponoć w przeszłości CIA próbowała potajemnie wydepilować Fidela Castro.
A potem przyszedł poranek 9 listopada 2016 roku. Wystarczyło spojrzeć na portret zamieszczony na profilu pisma Wired, żeby nie sprawdzać wyników z Florydy. Nieznany artysta podjął pierwszą (na pewno nie ostatnią) próbę właściwego przedstawienia zwycięzcy. Stworzenia wizerunku, na którym elekt będzie wyglądał godnie, a fałdy jego twarzy opromieni majestat przyszłego urzędu. Sukces był połowiczny. Rysom udało się nadać pewną szlachetność. Niestety, rysunek nie przypominał Trumpa.”
Marcina Wichy już z nami nie ma, dobrze za to że mamy jego książki. „Proste rzeczy” zamknięte w prostych, żółtych okładach to cykl felietonów Wichy, które pisał dla Magazynu Świątecznego Gazety Wyborczej w latach 2015-2018.

3/ Dziesięć lat romansu/ Erin Somers
Przyznaję, chciałam lekkiej i przyjemnej lektury, więc sięgnęłam po „Dziesięć lat romansu” Erin Somers. Skusił mnie również fakt, że przekładała tę książkę Kaja Gucio – tak rzadko pisze się o tłumaczach, a dobry tłumacz jest przecież na wagę złota.
Najpierw poznajemy Corę, młodą matkę, która wraz z całą rodziną przeniosła się pod miasto, z mieszkania do domu. I choć nie jest to dom marzeń, to przecież swój – myśli Cora, która stara się jedynie przetrwać każdy kolejny dzień urlopu macierzyńskiego. Z nudów trafia na spotkania dla młodych rodziców i tam poznaje Sama – łączy ich to, że po pierwsze oboje się nudzą, po drugie nie przepadają za „brokułową mamą” – trudno ją lubić… jest lekko szurnięta.
Cora i Sam tworzą zgrany duet, ale szybko okazuje się, że między nimi dzieje się coś więcej niż tylko przyjaźń. Cora zatraca się w świecie fantazji, zastanawiając się czy warto zaryzykować, czy Sam by chciał? I jak to wszystko by się skończyło?
Erin Somers tworzy ciekawą narrację, mieszając fantazje Cory z jej realnym życiem – dwie możliwe ścieżki, każda z nich ma swoje konsekwencje. Trudno się nie zastanawiać, która z nich jest lepsza? Somers pisze o młodych małżeństwach, stawiających pierwsze kroki w dorosłym życiu – domy, dzieci, przeprowadzki, kariery i kolejne kompromisy na które trzeba pójść. W ich życie wkrada się rutyna i problemy – nie tylko grzyb na ścianie, ale i zepsute kuchenki, śmierć rodziców, depresja i klaustrofobiczne życie w pandemii. To, co sprawia, że chce się czytać dalej to romans – najpierw niewinny, odświeżający, później, no cóż… przekonajcie się sami.
„Dziesięć lat romansu” to całkiem fajna lektura, idealna żeby złapać trochę oddechu i dystansu do swojego życia. Raczej napisana z myślą o kobietach, ale kto wie, może znajdą się również fani Somers. Lekka, przyjemna, rozpalająca zmysły.
Dodam również, że książkę poleca Tony Talathimutte – autor „Odrzucenia”, przez które nie przebrnęłam…
Jego zdaniem to: „Najlepsza powieść o zdradzie od czasów Pani Bovary.”

4/ Mara/ Małgorzata Domagalik
No dobrze, nie pomyślałam tylko chwyciłam za książkę. Pierwszych kilka stron sprawiło, że byłam nie tylko zaskoczona, ale i zaintrygowana. Na okładce jest blondynka, ma upięte włosy i dzięki temu seksownie odsłonięty kark, jest ubrana w czarny płaszcz, nic więcej nie widać – stoi do nas tyłem. Tytuł książki brzmi: „Mara”, a autorką jest Małgorzata Domagalik.
Znam Małgorzatę Domagalik jako byłą redaktor naczelną miesięcznika „Pani” i dziennikarkę prowadzącą swoje programy, między innymi w tv. Do tej pory nie znałam jej jako pisarki. I od razu założyłam sięgając po jej najnowszą książkę, że „Mara” to być może biografia… I tu się robi ciekawie, bo ta powieść to romans – historia młodej kobiety, której nieoczekiwanie przydarza się trójkąt miłosny. Jej życie zahacza o Warszawę, o zimną Finlandię i w końcu o Berlin. Mara jest wyzwolona w swojej miłości, szuka bliskości z drugim człowiekiem na różne sposoby. Tu dobry seks nie zawsze idzie w parze z miłością, a miłość nie wyklucza zdrady. Co ciekawe, Mara jest pisarką – i tak mamy książkę w książce. Nasza bohaterka pisze o samotności, której nie postrzega jako zagrożenia.
Małgorzata Domagalik pisze sprawnie, namiętnie, potrafi rozpalić wyobraźnię. Nie wiem czy wiecie, ale opisy zbliżeń w książkach to ciężki orzech do zgryzienia dla większości pisarzy, szczególnie w naszym języku, często wypadają więc wulgarnie, albo śmiesznie – a Mara jest całkiem seksi. Jest naturalna, ciekawa życia i otwarta na nie, chce czuć więcej i ma do tego prawo. Polubiłam ją, za jej dobroć, za jej grzechy, za siłę.
Byłam też ciekawa jak to się wszystko skończy, czy Mara zdecyduje się na samotność, której się nie boi, czy na któregoś z tak różnych od siebie kochanków.
Jeśli szukacie czegoś ekstra, romansu który pochłonie was od razu, to sięgnijcie po „Marę”. Btw, ta książka to również kody QR, dzięki którym możemy posłuchać muzyki – ona również jest bohaterką książki. Al Fowler Trio to moje odkrycie – dzięki Mara.

5/ Drzewa/ Percival Everett
Percival Everett jest jednym z najważniejszych pisarzy amerykańskich. Jego brawurowa powieść „James” znalazła się na listach bestsellerów, autor dostał za nią nagrodę National Book Award for Fiction i był wyróżniony na krótkiej liście do Nagrody Bookera. Czytałam „Jamesa” i jak wiele osób zachwyciłam się tą książką – to na nowo opowiedziana historia z „Przygód Hucka Finna” Marka Twaina. Tylko, że tu bohaterem jest czarny niewolnik, który jest nie tylko dobrym człowiekiem, ale jest inteligentny i wykształcony – potrafi czytać! To sprawia, że ta klasyczna opowieść nabiera całkiem nowego kształtu, nowego znaczenia. Wszystko w co wierzył biały człowiek zostaje wywrócone do góry nogami…
Tak też jest w przypadku nowej książki Everetta. „Drzewa” to opowieść, która rozgrywa się współcześnie, ale która swoje korzenie ma w historii. Everett zabiera nas do Missisipi, do miasteczka Money, w którym dochodzi do brutalnych mordów – dwóch zamordowanych, białych mężczyzn łączyło nie tylko to, że byli spokrewnieni. Byli również rasistami. Przy ich zwłokach policja odnajduje inne zwłoki – to ten sam czarnoskóry mężczyzna. Spirala przemocy nakręca się dość szybko, policjanci nieudolnie prowadząc dochodzenie nie mogą się połapać co jest grane. Do gry wchodzą agenci specjalni, miła kelnerka, staruszka która wiele pamięta – lincze dokonywane na czarnoskórych mieszkańcach, działalność Ku Klux Klanu.
„Drzewa” to książka napisana z ironią, niepoprawna, w której ciężkość tematu jest okraszona żartobliwym tonem. Czy to sprawia, że czyta się ją łatwiej? Zdecydowanie, ale dość szybko dociera do nas makabryczność całego zamieszania. Tym bardziej, że Everett nawiązuje do prawdziwych wydarzeń, jednym z nich jest zamordowanie w brutalny sposób Emmetta Tilla, czarnego chłopca, w 1955 roku w Money.
„Kiedy zaczynałem pisać, zwróciłem się do żony: nie jestem zbyt sprawiedliwy wobec białych. A później pomyślałem, do cholery z tym [tu Percivall używa dosadniejszych słów, omg]. Rasizm to zło, które trawi Amerykę i ktoś powinien się za to wziąć” – mówił Everett już na wstępie, rozpoczynając wywiad który przeprowadziła z nim Dua Lipa. To pisarz bezkompromisowy, który nie boi się politycznych konsekwencji – mocno obrywa się w książce obecnemu prezydentowi Stanów Zjednoczonych. Podziwiam jego odwagę.
„Drzewa” pisał rok, ale temat nosił w sobie dużo dłużej – podobnie jak bohaterka jego książki Mama Z, która całe swoje życie zbierała akta dotyczące śmierci osób o odmiennym kolorze skóry niż biały. Całe szafki akt o których mało kto wiedział postanowiła upublicznić w dogodnym dla siebie momencie. Lista nazwisk miała stać się nie tylko pomnikiem, upamiętniającym życie tych którzy zostali zamordowani, ale też świadectwem przemocy i niesprawiedliwości społecznej.
Ta książka to sprawnie napisany kryminał, w którym szukamy winnych całego zamieszania, podążając za tropami i nie wierząc w to, co czytamy. Włos jeży się na głowie, ciarki idą po ciele.
