Gdzie szumi woda?

Tysiące kilometrów rzek płynących przez wszystkie kontynenty niosą życie. To dzięki wodzie możemy hodować zboża, warzywa i owoce, a także zwierzęta. W XXI wieku woda jest jednym z najcenniejszych zasobów, którymi dysponujemy i przedmiotem globalnego handlu. To my ją zanieczyszczamy na potęgę, i próbujemy uzdatniać na różne sposoby. Zmieniamy jej bieg i zamykamy w zamkniętych systemach hydroinżynieryjnych. Czy zdajemy sobie sprawę jak cenna jest woda?

„Za oknem planeta pociła się jak nigdy wcześniej. Latem 2018 roku w kalifornijskiej Dolinie Śmierci i w Algierii padły rekordy ciepła. Japonia najpierw odnotowała najwyższy upał, a potem najintensywniejsze opady w swojej historii. Fala gorąca w Szwajcarii spowodowała zamknięcie elektrowni, bo płyny chłodnicze niemal się ugotowały. Dach Glasgow Science Center zaczął się topić, a Szwecję trawiło pięćdziesiąt pożarów lasów i łąk – dotarły nawet na koło podbiegunowe. Dym płonących syberyjskich traw doleciał aż do Stanów Zjednoczonych. W sierpniu pokrywa lodu na Arktyce topniała szybciej niż kiedykolwiek wcześniej. Przez oceany pędziło kilka tropikalnych sztormów i huraganów jednocześnie, wszystkie uderzyły w Meksyk: Carlotta, Bud, potem Hektor, który dął z pełną siłą przez 186 godzin, dłużej niż jakikolwiek inny huragan odnotowany we wschodnim basenie Pacyfiku, a później jeszcze Ileana, Rosa, Olivia, Norman, Paul, Willa i Vicente. Wszystkim nadano swojskie imiona…Tak samo było z Dniem Zero – trzeba nazwać zagrożenie…”*

Dzień Zero miał w tym czasie nastąpić w Kapsztadzie – miało to być pierwsze miasto, gdzie mogło całkowicie zabraknąć wody. Jej stan był tak niski, że mieszkańcy okresowo mieli limitowaną wodę. Stworzono cały plan jak uniknąć najgorszego. Wszyscy, praktycznie bez wyjątku zostali poinstruowani, że wody można używać tylko w najważniejszych celach. 

Kto z nas wiedział i przejął się Dniem Zero? 

Kapsztad

Aby ratować Kapsztad, kapitan Nick Sloane, który z niego pochodzi, i który ratował statek Costa Concordia, wymyślił, że może swoimi holownikami przyciągnąć do miasta górę lodową. Miała być tak wysoka jak wieżowiec i być źródłem wody dla mieszkańców. Opowiadając o swoim pomyśle w 2018 roku, mówił: :wiemy jak holować takie góry, więc dlaczego mamy tego nie zrobić?” Ekolodzy szybko odpowiedzieli na jego pytanie: „to rabunek na naturze, który nie jest rozwiązaniem problemu”.   

Duża większość mieszkańców krajów, gdzie susza tylko raz na jakiś czas jest klęską żywiołową, podobnie jak obfite opady i powodowane przez nie powodzie, nie myśli o tym, że woda płynąca z kranu jest przywilejem. Wydaje się nam, że mamy jej w bród, i nigdy jej nie zabraknie. Prawda jest jednak taka, że nasz brak szacunku do wody i do przyrody w ogóle, może odbić się nam czkawką. To będzie międzynarodowa czkawka, bo woda już dziś w niektórych miejscach na świecie jest zasobem, którego zaczyna nie tylko brakować, ale którego już nie ma. Powoduje to narastanie konfliktów i duże migracje.

W 2018 roku upały również trawiły Polskę. Wydano wtedy ostrzeżenia przed pożarami, i proszono ludzi o rozsądne korzystanie z wody, w niektórych gminach jej brakowało. Nie myliśmy wtedy samochodów i nie kosiliśmy trawników. Koleżanka zaś, mocno wkurzona opowiadała o koledze, który bierze prysznic pięć razy dziennie, a każdy z nich to minimum dziesięć minut wodnego relaksu. Gość uważał, że to konieczność, bo strasznie się poci, od rana wstaje uklejony, jazda na rowerze, stresująca praca, zabawa z dziećmi. Potrafił wyjść do sklepu, wrócić i wpakować się pod prysznic. Jego żona też nie żałowała sobie wody, a w domu była jeszcze dwójka małych dzieci – jedno pranie dziennie to minimum. Oburzały go jedynie rachunki, które dostawał za zużycie wody. Kosmiczne! O tym oburzeniu opowiadał chętnie wszystkim, którzy chcieli go słuchać. Nie spodziewał się, że wśród tych osób znajdzie się ktoś, kto go zwyczajnie skrytykuje. 

W tym samy czasie, w Meksyku były dzielnice i miejsca, gdzie mimo doprowadzonej instalacji wodnej, ani jedna kropla wody nie poleciała z kranu. W Iztapalpa tylko co trzeci mieszkaniec ma dostęp do wody z kranu i to przeciętnie jedynie raz w miesiącu. Meksykańskie kobiety przyznały, że nie mogą pracować, bo godzinami, a czasami tygodniami siedzą i czekają aż przyjedzie cysterna z wodą. Jeśli taka długo się nie pojawia, kobiety biorą wiadra i idą na poszukiwania. Jeśli los się do nich uśmiechnie, trafią na cysternę i być może uda im się przekupić kierowcę. Jeśli nie, są zdane na wodę, która bardziej przypomina błoto – pisze Szymon Opryszek w „Wodzie”. 

Podobny los dzielą wiejskie kobiety w Indiach, czy Afryce. One też potrafią przemierzyć tysiące kilometrów rocznie w poszukiwaniu wody. 

„W większości krajów Azji Południowej, Bliskiego Wschodu, Ameryki Południowej i Afryki Subsaharyjskiej to właśnie cysterny dźwigają ciężar dostarczenia wody dla tysięcy spragnionych gardeł.”*   

Susza w Iraku

W Meksyku kierowcy cystern rozwożą wodę każdego dnia, mówią, że rozwożą życie. Swoje klientki poznają po wiaderkach. Jeśli kobiety przynoszą im coś, co mają na zbyciu, kierowcy biorą i to. Każda zapłata jest dobra. A woda, która radośnie chlupie najpierw w metalicznym zbiorniku, a później w kolorowych wiaderkach kobiet, to woda z nieulepszonych źródeł. Woda ta jest uznawana za niebezpieczną dla zdrowia ludzi, którzy ją kupują i wykorzystują. 

Szymon w wywiadach podkreśla, że „ludzie pozbawieni dostępu do wody to ci najbiedniejsi. Kupują ją np. z cystern, płacą za litr o wiele więcej niż za wodę z wodociągów. To pierwszy paradoks i pierwsze wykluczenie. Ale jest ich więcej.”**

Kierowca wożący wodę musi na siebie uważać. Meksyk to jedno z tych państw, gdzie najczęściej dochodzi do porwań kierowców i ich cystern. Kierowcę mogą okraść niepozorne kobiety, które nie mają czym zapłacić, ale i zorganizowane szajki, które później sprzedadzą jego wodę, najczęściej po zawyżonej cenie.

„Dwudziestomilionowe miasto Meksyk jest niewolnikiem własnego pragnienia. Potężna trąba systemu dystrybucji wody Cutzamala, […] sięga prawie 130 kilometrów za zachód, wysysa wodę ze źródeł stanu Michoacan, spod wzgórz, na których rozciąga się Święty Las. Dwadzieścia cztery metry sześcienne wody na sekundę pędzą przez 7 zbiorników, 127 – kilometrowy akwedukt, 21 kilometrów tuneli, otwarty kanał o długości 7,5 kilometra oraz stację uzdatniania wody. Każda kropla musi pokonać różnicę wysokości 1100 metrów, zostaje wpompowana na zbocza przy wulkanie Ajusco. Imponujący produkt hydroinżynierii pochłania tyle energii, co półtoramilionowe miasto. Gdy pod koniec lat siedemdziesiątych rozpoczęła się jego budowa, lud Mazahua, który zamieszkuje okolice Świętego Lasu, zbuntował się – okazało się, że zabrakło wody.”* – pisze Szymon.

Kiedy cała ta woda przemknie przez wybetonowane miasta, których warstwy wodonośne wyschły na wiór, zamienia się w ścieki. Oczy otwierają mi się szeroko, kiedy czytam o ich klasyfikacji, i o tym jak instalacja kanalizacyjna może przeciekać, uwalniając do gleby i okolicznych wód wszystkie najgorsze mikroby, w tym Helicobacter Pylori, bakterie czerwonki, salmonelli i wiele innych, potencjalnie zabójczych dla nas małych istot. „Nasz świat śmierdzi ściekami” – podkreśla reporter, podając konkretne liczby. Ponad 2,4 miliarda ludzi nie ma dostępu do sanitariatów, a prawie 900 milionów załatwia swoje potrzeby na dziko. Wydaje się niemożliwe, żeby 80% procent nieoczyszczonych ścieków trafiało prosto do rzek i mórz. A jednak. Przez to umierają ludzie, zwierzęta i rośliny. 

Woda jest dziś zasobem, którym handlujemy, i który eksploatujemy. Jest bronią w wojnach, można nią z łatwością szantażować ludzi. Jest darem, który daje życie. I przez nią można zginąć. I nie mówię tu o tym, że czasami można się utopić w łyżce wody, jeśli się tę łyżkę wody ma. 

Prowodna polityka jest podstawą życia w Izraelu. Tam już od najmłodszych lat uczą dzieci o tym, że woda jest cenna, i że należy ją oszczędzać. Izraelczycy mają system rur tak szczelny, że praktycznie nawet kropla wody nie powinna się zmarnować. Swoje uprawy podlewają kroplówkami, które dostarczają wodę wprost do korzeni rośli, dzięki temu zużycie wody zmalało, a ilość uprawianych roślin wzrosła. Izrael jest też państwem które toczy wojny przy użyciu wody. Nie tylko przejął zasoby rzeki Jordan, ale ogranicza jej dostarczanie do Palestyny. Robi to zmyślnie i celowo. Kiedy lata temu odwiedziłam Jerozolimę i Palestynę, okazało się, że w godzinach od 12 do 16, Palestyna jest całkowicie pozbawiona wody. Ten wodny szantaż kosztuje ludzkie życie. 

Osią historii o wodzie, opowiadanej przez Szymona Opryszka jest Homero i jego sanktuarium motyli, danaidów. Domem dla nich po długiej wędrówce z Kanady, przez Stany Zjednoczone, staje się meksykański Święty Las. To tam motyle monarchiczne zimują, ukryte w sosnach i jodłach. Homero jako komisarz ejido, pilnował, aby ludzie nie wycinali drzew i nie osłabiali lasu, który również dla nich był źródłem wody. 

„Świadomie buduję narrację w książce wokół metafory motyli monarchicznych, bo one zabierają mnie w podróż w czasie i przestrzeni: z epoki lodowców do krainy centrów danych, a potem od meksykańskich ludów rdzennych nad Eufrat. Zwróciłem się ku ludom rdzennym, ich językom, bo przeczytałem, że społeczności rdzenne stanowią 5 procent światowej populacji, a mieszkają na terenach, które stanowią 80 procent terenów bioróżnorodnych. Czyli potrafią o nie dbać, znaleźli sposoby poszanowania istot nieludzkich i bycia w świecie, które ich od tego świata nie oddzielają. Byłem ciekawy, jak to się odbija w języku. Dlatego wymyśliłem sobie, że nauczę się języka jodeł religijnych.”** – mówił Szymon wywiadzie dla Dużego Formatu GW. 

13 stycznia 2020 roku Homero wyszedł z domu i już nie wrócił. Długo trwały jego poszukiwania, i śledztwo. Do dziś nie wiadomo, co się właściwie z nim stało. Jego nazwisko pojawiło się wśród innych obrońców wody. Na całym świecie ciągle giną aktywiści, którzy wychodzą naprzeciw dużym biznesom wyniszczającym środowisko naturalne. Kilka kul sprawia, że przestają krzyczeć. 

A krzyczą o plantacjach awokado, o zaporach budowanych na rzekach, o wodnych elektrowniach, o wirtualnych chmurach. I o wydobyciu surowców takich jak węgiel czy lit, i innych minerałów. „Czy mogę uznać, że pieśń wody płynie też w moim smartfonie?” – zapytał Opryszek jedną z aktywistek. „Nic nie rozumiesz” – dopowiedziała. „Pieśń wody mówi jasno: zachowaj umiar.”*

Czy czujesz się odpowiedzialny za ten kryzys, który opisujesz? – zapytała go dziennikarka przy okazji promocji książki. „Myślę, że wszyscy powinniśmy się czuć odpowiedzialni”- odpowiedział, wyliczając z czego zrezygnował przy pisaniu książki. Numer jeden na jego liście zajmuje oczywiście awokado. Jego celem nie jest jednak zrzucanie całej odpowiedzialności na jednostki, choć to my w dużej mierze decydujemy o tym, jak wygląda nasz świat.  

„W książce poruszam przykład Kanady, która uchodzi za „zielone” państwo. A jest ona bazą dla prawie połowy światowych firm wydobywczych! Pokazuję też przykład kanadyjskiego funduszu emerytalnego, który posiada 30 procent zasobów wody w Chile – w tym kraju jest ona zupełnie sprywatyzowana. To taki outsourcing: u nas dbamy o przyrodę, ale zarabiamy na jej niszczeniu w biedniejszych krajach.”** – dodaje.

Woda zawsze towarzyszyła Szymonowi Opryszkowi, często była bohaterką drugiego planu jego reportaży. Teraz widząc rosnące zagrożenie, coraz więcej wysychających i zanieczyszczonych rzek oraz jezior, reporter postanowił oddać jej głos. Jak każdy ojciec boi się o swojego syna – „kiedy on skończy 30 lat w oceanach będzie więcej plastiku niż ryb”, mówi. 

„Woda. Historia pewnego porwania” ukazała się nakładem Wydawnictwa Poznańskiego. 

* „Woda. Historia pewnego porwania” Szymon Opryszek/ Wydawnictwo Poznańskie

** Wywiad „Kiedy zabraknie wody” z Szymonem Opryszkiem/ 

https://wyborcza.pl/duzyformat/7,127290,29750220,nie-zdajemy-sobie-sprawy-jaki-to-przywilej-ze-z-kranow-leci.html


Dodaj komentarz

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.