Berlin, przyprawia o zawrót głowy

Szybkie, dynamiczne, kreatywne, szalone – to najczęstsze określenia, które opisują Berlin. Większości z nas stolica Niemiec wydaje się bardzo ciekawa i bezpruderyjna. To tu rządzi sztuka, alternatywna muzyka, dobra kuchnia. Większość miejsc jest LGBT + friendly. Na ulicach można jeszcze zobaczyć stare squoty, i nieodremontowane kamienice, obok których jak grzyby po deszczu wyrastają nowoczesne wieżowce. Mieszkańcy kochają parady przy głośnym techno, i równie głośne demonstracje. Wkurza ich brak mieszkań i szybko postępująca gentryfikacja miasta. Jaki jest Berlin, jacy są Berlińczycy? Czym stolica Niemiec kusi turystów? 

Berlin, tu i teraz

Berlin to miasto wybudowane na terenach podmokłych, przepływają przez nie aż dwie rzeki, Sprewa i Hawela, a jego obszar usiany jest większymi i mniejszymi jeziorami – Niemcy uwielbiają nad nimi wypoczywać. To też największe miasto Unii pod względem ludności, mieszka tu aż 3,8 milionów mieszkańców. Dziś to multikulturowa, tętniąca życiem stolica Niemiec, ale przecież wiemy, że nie zawsze tak było, bo Berlin miał swoje wzloty i upadki. Miasto po drugiej wojnie światowej zostało podzielone Murem Berlińskim na dwie części, na NRD – Niemiecką Republikę Demokratyczną i Berlin Zachodni, który funkcjonował jako enklawa. Do dziś można oglądać niewyburzoną część Muru Berlińskiego, który oficjalnie upadł w 1989 roku. Ozdabiają go liczne murale, najbardziej znanym jest pocałunek Breżniewa i Honeckera autorstwa Dimitrija Wrubla. Ta część Muru to East Side Gallery. Zawsze kręci się tu dziki tłum turystów. Podobnie jest przy Charlie Checkpoint, czyli przejściu między stroną wschodnią i zachodnią, które było w czasie zimnej wojny pod opieką Amerykanów. Te dwie atrakcje, Muzeum Muru Berlińskiego, i już prawie niewidoczne różnice w architekturze przypominają, że miasto zostało podzielone. 

Dla odwiedzających Berlin jest wyzwaniem. Po pierwsze jest duży i pełny atrakcji, które należy zobaczyć. Po drugie ma bardzo rozbudowaną komunikację – ta jest dość dobrze opisana i jeździ punktualnie, ale ilość stacji może przytłaczać. Większość osób, które odwiedziły miasto można podzielić, na tych, którzy się nim zachwycili i na tych, którzy wyjechali zniesmaczeni.  

„Rzuciło mi się w oczy, że każdy najmniejszy skrawek poręczy, szyldu, czy znaku informacyjnego na całej stacji został otagowany. Graffitti, street art i dużo politycznych wlepek stanowiło o charakterze tej przestrzeni. Wokół budek z jedzeniem zgromadzili się wygłodniali turyści, czekający niecierpliwie na swoją Currywurst. Wietnamczycy próbowali opychać przechodniom papierosy na paczki. Wariat bez butów stał na środku chodnika i krzyczał na wszystkich.” Tak pierwszą przejażdżkę berlińskim metrem zapamiętała Justyna Burzynski autorka książki „Taki jest Berlin. O mieście kontrastów i ciągłych zmian”. 

Berlin/ visitbelin.de

Można tu czas spędzać w pięknych kawiarniach, balansując w rytm muzyki w klubach, przed Bramą Brandenburską stać w pełnym słońcu. Ale nie sposób nie zauważyć ludzi koczujących na ulicach, głośnych kłótni, rozrzuconych w niektórych miejscach śmieci. Tak jak w większości dużych miast, trzeba mieć się na baczności, bo nie wiadomo kiedy i jak można pożegnać się na przykład z portfelem.

„Nie wychodząc poza RAW – Gelande przy Revaler Straße mamy szansę otrzeć się o wszystkie najbardziej typowe aspekty Berlina. W kolorowej przestrzeni wypełnionej graffiti i street artem mieszczą się kluby, sale koncertowe, galerie sztuki, bar gejowski, skatepark, basen, wegańskie bistro, Imbiss z Currywurstem, Freiluftkino, Photoautomat, stoją dealerzy narkotyków, kręcą się turyści, bezdomni i zbieracze butelek, w weekendy jest Flohmarkt, prawie nigdzie nie da się zapłacić kartą, a zrzeszeni w kolektyw działacze walczą z postępującą gentryfikacją. Czyli Berlin w pigułce.” – pisze na kolejnych stronach opowieści o mieście Burzynski. 

Stolica Niemiec kusi jednak turystów i mieszkańców. Są tu wspaniałe zabytki architektury, niektóre przeniosą nas w czasie aż do starożytności, urocze parki, kawiarnie pachnące ciastem i owocową konfiturą, serwujące kawę trzeciej fali. Wystarczy trafić na ładną pogodę, i nagle miasto okazuje się niebywałą atrakcją. Po prostu nie można się tu nudzić. 

Chce to zobaczyć

Być może skłania mnie do tego panujący wszędzie ukrop, który sprawia, że pot płynie po plecach. Dziś pierwsze kroki w Berlinie skierowałabym do Tiergarten – „ogrodu zwierząt”. Ten największy park miejski jest położony w centrum, i liczy ponad 250 hektarów. Mieszkańcy nazywają go „zielonymi płucami miasta”. Tiergarten to także nazwa otaczającej go dzielnicy. 

Ogród Tiergarten służył Hohenzollernom od XVII wieku jako zwierzyniec i miejsce do polowania. Kiedy zamieniono go w otwarty ogród dla mieszkańców, Berlińczycy od razu pokochali to miejsce. Dla nich główną atrakcją są łąki i trawniki, alejki z ogromnymi drzewami, które dają latem odpocząć od wysokich temperatur. Nie tylko przychodzą tu na spacer, ale i na grilla. Dla odwiedzających miasto atrakcję stanowi Zoo – założone w 1844 roku, które jest jednym z największych na świecie. Zobaczyć tu można aż 15 000 zwierząt. Jedną z części zoo jest akwarium, również ogromnych rozmiarów, gdzie zobaczycie wiele gatunków ryb, w tym bardzo egzotycznych.

Jeśli jesteście w Tiergarten, to koniecznie musicie zajrzeć do Hamburger Banhof. To największe, berlińskie muzeum sztuki nowoczesnej. Zostało założone w budynku po starym dworcu kolejowym z 1874 roku. Muzeum funkcjonowało od 1906 roku, aż do czasów kiedy po drugiej wojnie światowej budynek znalazł się pomiędzy Berlinem Wschodnim, a Zachodnim. W latach ’80 władze podjęły decyzję o jego odnowieniu. W kolekcji znajdziecie dzieła Andy’ego Warhola, Roy’a Lichtenstein’a, Anselma Kiefer’a, Josepha Beuys’a i wielu innych światowych artystów.

Hamburger Bahnhof podświetlony przez Dan’a Flavin’a

Ikonicznym zabytkiem jest Brama Brandenburska. Jest także centralnym punktem. Kiedy Berlin podzielono, Brama, podobnie jak Hamburger Bahnhof, nie była częścią ani zachodniego ani wschodniego Berlina. Utknęła gdzieś pomiędzy granicami i nie było jak jej zwiedzać. Została wzniesiona w latach 1788- 91 jako łuk triumfalny i brama wjazdowa. Carl Gotthard Langhans, który ją projektował, wzorował się na ateńskich Propylejach. W 1806 roku Napoleon zagarnął wieńczącą Bramę kwadrygę i zabrał ją do Paryża. Do Berlina kwadryga wróciła po ośmiu latach, kiedy wojska napoleońskie poniosły klęskę po Waterloo. Kręcąc się wokół Bramy i po Placu Paiser, warto zwrócić uwagę na otaczające ją ambasady – w tym amerykańską i francuską. Jest też tu siedziba DZ Bank, zaprojektowana przez Franka Gehry’ego – ma szklany dach w kształcie ryby, a pod nim ukrywa się rzeźba przypominająca okręt kapitana Nemo. Do siedziby banku można zajrzeć, ale nie można jej zwiedzać. 

Spod Bramy Brandenburskiej warto udać się EbertstraBe do Holocaust Mahnmal, czyli Pomnika Pomordowanych Żydów. Pomnik został zaprojektowany przez Petera Eischman’a, i zbudowany w 2005 roku. Na placu postawiono 2711 betonowych prostokątów, różnej wysokości, które symbolizują żydowskie ofiary wojny. Ich liczba, to jednocześnie liczba stron Talmudu. Pomnik robi wrażenie, można się przejść między betonowymi, surowymi nagrobkami – ich prostota i liczba przytłacza. W tym jednym miejscu, ruchliwość miasta idzie w zapomnienie.   

W Berlinie czas się zatrzymał na Museumsinsel, tu wszystko opowiada o przeszłości. Wyspa Muzeów to kolejny punkt, który trzeba zobaczyć. Wyspa mieszcząca się na Sprewie jest wpisana na listę dziedzictwa UNESCO. Znajduje się tu aż pięć muzealnych gmachów, które zostały wybudowane na przełomie XIX i XX wieku. W Muzeum Pergamońskim zobaczycie świątynię grecką w całej okazałości – wiem, niesamowite!, Bramę bogini Isztar, która była bramą wjazdową do starożytnego Babilonu, cały świątynny kompleks z Pergamonu, czy pustynny zamek Mszatta z Jordani. Muzeum Bodego to już zbiory z okresu średniowiecza, renesansu, baroku i romantyzmu. Znajdziecie tu malarstwo, rzeźby, numizmatykę. Do największych atrakcji zalicza się Bazylika, w której zgromadzono różne europejskie ołtarze. Neues Museum słynie z popiersia królowej Nefretete, Alte Museumgalerie z kolekcji sztuki zachodnioeuropejskiej – sporo tu dzieł impresjonistów, Altes Museum jest uzupełnieniem kolekcji Muzeum Pergamońskiego – są tu dzieła ze starożytnej Grecji, Rzymu, czy Etrusków. Niedaleko od muzeów stoi Berliner Dom, czyli katedra, która miała być głównym ośrodkiem religijnym. Dziś można oglądać w niej królewskie grobowce, neobarokową ambonę, stare organy. Katedra miała przypominać rzymską bazylikę św. Piotra – zwróćcie uwagę na jej ogromną kopułę. 

Jedną z części Museumsinsel jest Fischerinsel, czyli Wyspa Rybaków. To miejsce jest kolebką Berlina, to tu miała powstać pierwsza, średniowieczna osada. Dziś wyspy otaczają bloki, z czasów NRD, które zdecydowanie odbiegają architekturą od zabytkowych budynków umieszczonych w centrum. 

Dzielnica Charlottenburg, pozostaje na liście miejsc do odwiedzenia w pierwszej dziesiątce. Kiedyś była centrum zachodniego Berlina, dziś zaprasza do butików za zakupy, znajdziecie tu aleję handlową Kurfurstendamm, czy jeden z największych domów towarowych KaDeWe. Największą atrakcją pozostaje Zamek nazwany na cześć królowej Charlotty, z Porcelanową Komnatą, który przypomina nieco Wersal i najcześciej jest z nim porównywany. Jeśli zgłodniejcie to idealnym miejscem do zaspokojenia głodu będzie osławiony kiosk z Currywurst, do którego ustawiają się kolejki. 

Zamek Charlottenburg został wybudowany na przełomie XVII i XVIII wieku na polecenie Fryderyka III. Miało to być miejsce, gdzie będzie mieszkać królowa Sophia Charlotta, nawet sam Fryderyk przybywał tu na jej zaproszenie. Charlotta była uzdolniona muzycznie, uwielbiała włoskie opery i często chodziła na spacery po swoich ogrodach, wzorowanych na angielskich i francuskich. Zmarła mając jedynie 36 lat, a po jej śmierci pałacowy kompleks nazwano jej imieniem. Dziś atrakcją zamku jest niezwykła architektura, Porcelanowa Komnata, która wypełniona jest biało – niebieską porcelaną i ogrody. 

Alexanderplatz był centrum wschodniej części miasta. Mnie kojarzy się głównie z powieścią Alfreda Doblina, w której główny bohater – Frantz Biberkopf wychodzi z więzienia i postanawia od tego momentu być uczciwym człowiekiem. Szybko jednak wciąga go życie berlińskiego półświatka i jego kłopoty. Historia Franka kilkakrotnie została przeniesiona na kinowe ekrany i na deski teatrów na całym świecie. Alexanderplatz był jedną z głównych arterii komunikacyjnych miasta, a ruch odbywał się tu na wielu poziomach. Podczas wojny został całkowicie zniszczony. Dziś Alexanderplatz to ulubione miejsce spotkań. Do jego głównych atrakcji zalicza się wierza telewizyjna, która jest najwyższym punktem widokowym miasta, Fontanna Przyjaźni i Zegar Światowy Urania. 

Centrum życia towarzyskiego w latach 20 i 30 XX wieku był Plac Poczdamski, on także nie przetrwał wojny, a później stał na „ziemii niczyjej”. Plac odżył dopiero w latach ’90, już po zjednoczeniu, głównie dzięki inwestycjom dużych firm. To tu duże firmy i międzynarodowe korporacje stawiały swoje przeszklone siedziby. Główną atrakcją jest budynek Sony Center, który składa się z kilku wieżowców połączonych szklaną kopułą. W lutym Plac zamienia się w festiwalowe miasteczko, a po czerwonym dywanie chodzą gwiazdy światowego formatu. Berlinale to święto kina, jeden z najbardziej popularnych festiwali filmowych. Równie duże emocje co pokazy filmowe, budzi LEGOLAND, którego pomieszczenia po brzegi wypełnione są klockami LEGO, a przed budynkiem można spotkać kolorową żyrafę. Dla wielbicieli sztuki jest Kulturforum, gdzie znajdziecie kolejne muzea, filharmonię, bibliotekę i galerie sztuki. 

Świat w pigułce 

Berlin to międzynarodowe miasto pod wieloma względami. Na ulicach spotkamy ludzi mówiących różnymi językami, i o różnych odcieniach skóry. Kuchnia berlińska to mieszanka smaków z najdalszych zakątków świata, można zjeść tu ceviche z pstrąga, słodką baklavę, francuskiego croissanta. Równie wybuchową mieszanką kulturową jest oferta muzeów, oper, sal koncertowych. Ale są w Berlinie takie miejsca, które zabierają nas w podróż dookoła świata. Tak jest z Gärten der Welt, ogrodem botanicznym w Marzahn. To wycieczka po ogrodach tematycznych, możemy zobaczyć tu kwitnącą japońską sakurę, przejść się po pawilonach zbudowanych na wodzie – przenoszących nas do Chin, zobaczyć meksykańskie mozaiki pięknie wyeksponowane na tle otaczającej je zieleni. Są tu ogrody w tylu angielskim i włoskim, ale niedaleko od nich pachnie już zupełnie egzotyką. Szklane drzwi oddzielają nas od wycieczki po Australii, Brazylii, Chile, czy Tajlandii. 

Garten der Welt

Jeśli jesteśmy przy egzotyce, nie można zapomnieć o Preussen Park, który jest znany jako Thai Park. Od kwietnia do października rozkładają się tu stoiska i małe kuchnie, które serwują street food smakujący Azją. Skosztujecie tu dań tajskich, wietnamskich, filipińskich. Zawsze w tym okresie panuje tu duży tłok, ludzie chodzą od stoiska do stoiska, rozkładają się na kocach, jedzą, piją, rozkoszują się czasem wolnym. 

Coś na ząb

W Berlinie dzień można zacząć z przytupem. Na przykład od berlińskiego sektu, który jest serwowany do śniadania. Na talerzu można znaleźć lokalne pieczywo, eko warzywa i owoce, sery tworzone z myślą o prawdziwy smakoszach. Dla wielbicieli delikatniejszych poranków, są świeżo wyciskane soki i aromatyczna kawa. 

Nano i Bonanza Coffe są hitami w kawiarni Ruth Barry, Szkotki, która otworzyła przy Mitte małą kawiarnię. Jeśli wejdziecie do środka Black Isle Bakery z pewnością nie wypijecie jedynie kawy, bo przez przeszklone witryny kuszą wszelkiego rodzaju słodkości. Od francuskich croissantów, przez ciastka, po keksy i ciasta. Dla głodnych gości, którzy potrzebują czegoś konkretnego Black Isle przygotowuje proste, ale smaczne kanapki. Na śniadanie można dostać owsiankę podaną na przykład ze świeżymi figami. Brzmi pysznie. 

House of Small Wondres przy Johannisstrasse to wyjątkowe miejsce na kulinarnej mapie Berlina. Został otworzony na wzór lokalu, który Motoko Watanabe i Shaul Margulies najpierw stworzyli na Brooklynie. Lokal jest piękny, urządzony z nutką sentymentu, zdobią go spiralne schody i dużo zielni. Specjalizuje się w śniadaniach, lunchach i brunchach. Można zjeść tu wariacje na temat kuchni japońskiej, śniadania  obfitujące w jajka – jest moje ulubione croque madame, lub zadowolić się czymś słodkim – polecam ciasto czekoladowe lub Earl Grey Creme Brulee. 

W punkt, żeby zjeść szybko

Każde miasto ma również swoje hale targowe, w Belinie kiedyś było ich dużo, teraz jest jedynie kilka, chyba dokładnie cztery. Markethalle Neun na Krezutzbergu to najbardziej znana hala targowa, która ciągle tętni życiem. To tu odbywają się liczne imprezy, takie jak festiwale kawy, festiwal sera, słodyczy, czy dni z degustacjami wina. Można tu kupić wszystko, co potrzebne do ugotowania posiłku, od warzyw, po lokalne kiełbasy i mięsa, czy sery. Ale można również zjeść na miejscu, na przykład kanapki z kiełbasą i ogórkiem kiszonym. Znajdziecie tu również duży wybór niemieckiego piwa. Ale to nie tak, że w Neun króluje tylko kuchnia niemiecka, mieszają się tu kulinarne inspiracje z całego świata. 

Markethalle Neun

Berlińczycy kochają szybkie jedzenie, najchętniej zachodzą do Imbisów, których w mieście nie brakuje. Imbiss to taki kiosk z jedzeniem, choć niektóre z nich są naprawdę stylowe. Ulubionymi szybki przekąskami Berlińczyków są: „kebab (Doyum Restaurant), burger (Tommis Burger Joint), kofta (Kofte 61), hummus (Azam), bułka z rybą (Fischerei Locknitz), tortilla (W the Imbiss), pierogi Schudomaer Grill Imbiss), i zapiekanki (Polish deli)”, pisze Justyna Burzynski.

icke, czyli ich

Nawet dla tych, którzy dobrze znają niemiecki, wizyta w Berlinie może okazać się zaskakująca. Większość mieszkańców miasta będzie dla nich mówić w sposób zrozumiały, ale z pewnością znajdą się także tacy, którzy specjalnie do swoich wypowiedzi wplotą słowa z Berlinerisch, czyli gwary miasta. 

„Uświadomiłam sobie, że niezrozumiałe nieraz dla mnie krzyki na ulicy są właśnie w tym języku i wcale nie są niemiłe. Bo gdy się już nieco wsłuchałam, zrozumiałam, że stoją za nimi raczej przyjazne intencje, wyrażone jednak w specyficznym tonie, znanym jako Berliner Schauze. Nie jest to osobny dialekt, ale gwara.”*

Pierwsza zmiana, którą łatwo wychwycić jest zamiana ich na icke (ich, czyli ja). „Co” to wat, a allet jut oznacza „wszystko dobrze”. Gwara odnosi się również do specyficznych nazw nadawanych przez mieszkańców, którzy na przykład wieżę telewizyjną nazywają Telesparagel, czyli teleszparagiem. 

Berlin jest jednym z tych miejsc, które poleca się na szybkie, weekendowe wycieczki. Nie ma co się jednak łudzić, że w dwa dni poznacie miasto i zobaczycie wszystkie jego atrakcje. Na to potrzeba czasu, ale warto go sobie zarezerwować i dać się porwać temu miastu. 

*„Taki jest Berlin. O mieście kontrastów i ciągłych zmian” Justyna Burzynski


Dodaj komentarz

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.