Na początku 2021 roku, kiedy praca na planie filmu o Elvisie Presley’u dobiegała końca, Tom Hanks zaprosił na niezobowiązującą kolację Austina Butlera. Austin zagrał samego Elvisa, i zagrał tak dobrze, że wtedy wszyscy wróżyli mu za tę rolę Oscara. Hanks od razu wiedział, że chce pracować dalej z Austinem i miał dla niego propozycję nie do odrzucenia. „Władcy przestworzy” to wojenna historia Krwawej Setki, czyli amerykańskiej 100 Grupy Bombowej. Nad jej realizacją pochylili się Tom Hanks, Steven Spielberg i Gary Goetzman – trio, które nakręciło „Kampanię braci” i „Pacyfik”. Austin dostał w serialu główną rolę. „Kiedy dostajesz taką propozycję, nie musisz się zastanawiać, bierzesz ją w ciemno” – mówi aktor. „Władców przestworzy” można oglądać na Apple TV.
Rok temu w marcu sam kroczył po czerwonym dywanie. Ubrany w czarny garnitur, śmiał się i udzielał wywiadów. Miał ten błysk w oku, który pozwalał wierzyć, że za moment to on odbierze swojego pierwszego Oscara. Powiedział, że ceremonia jest zamknięciem w tym momencie najważniejszego okresu w jego życiu – Austin Butler chciał zagrać Króla, chciał zagrać Persley’a, to ponoć było jego marzenie.
Prasa dzieli więc jego życie na epokę przed filmem, i po filmie.
Austin urodził się w Anaheim, w Kalifornii, a jego dom rodzinny był zlokalizowany w połowie drogi między Disneylandem, a ogromną borówkową farmą. Do Disneylandu często jeździł z mamą i starszą siostrą, w ramach rozrywki. Jego tato zaś uwielbiał kanał telewizyjny z filmową klasyką. Austin oglądał „Buntownika bez powodu” Nicholasa Ray’a za każdym razem jak leciał w telewizji, a James Dean był jego ulubionym aktorem. Do dziś Austin odczuwa sentyment do Deana, a w LA wybiera miejsca, które są z nim związane, to również jego ulubione miejsca do spędzania czasu. „To co robił Dean na ekranie, niemożliwe, ta zwierzęca siła, którą miał w sobie i którą emanował” – opowiadał Austin dziennikarzom.
Na swoim pierwszym przesłuchaniu wylądował mając zaledwie 12 lat, to była reklama i Austin dostał tę rolę. Później pracował dla Disney’a, Nickelodeon i CW Shows. Miał blond włosy, niebieskie oczy i dosłownie uwodził na ekranie. Jak dziś wspomina grał głównie role chłopców – ”I’m your boyfriend”, śmieje się, zaznaczając, że były to role, które wprawiały go w zakłopotanie i których się trochę wstydził. „Ale gdzieś musiałem zacząć, to jest praca i każda rola to nauka, każda z nich pozwalała mi dorosnąć” – podkreślał. Austin po pewnym czasie znudził się na tyle, że postanowił rzucić aktorstwo i stanąć po drugiej stronie kamery. Nawet kupił własną – najlepszą na jaką pozwalały mu fundusze. I nagrał nią taśmę do przesłuchania do spektaklu na Broadway’u. Taśma, którą nagrał dała mu rolę Dona Parritt, w spektaklu The Iceman Cometh. Na scenie występował obok Denzel’a Washingtona. Recenzje były bardzo dobre, Austin kupił sobie krytyków.
„Jechaliśmy samochodem przez Griffith Park, w radiu leciała piosenka Elvis’a „Blue Christmas” i ja śpiewałem razem z nim. W pewnym momencie moja koleżanka miała olśnienie: „musisz zagrać Elvis’a”, powiedziała do mnie.” – wspomina Austin. To był rok 2018. Koleżanką była jego ex-dziewczyna Vanessa Hudgens. A Austin od tamtej pory nie mógł zapomnieć o Elvisie, zaczął się interesować jego biografią i nawet chciał zabezpieczyć dla siebie prawa do tej historii, kiedy usłyszał, że Baz Luhrmann właśnie pracuje nad scenariuszem do filmu o nim. To była jego szansa. Luhrmann do roli Elvisa miał już kilku kandydatów, w tym Harrego Styles’a, który sam do kin przyciągnąłby miliony widzów. I wtedy zadzwonił do Luhrmanna Denzel Washington – niezwykłe jest to, że panowie się nigdy nie spotkali osobiście, ale Denzel stwierdził, że reżyser szuka właśnie Austina Butlera, a on czuł, że warto mu o tym powiedzieć.
Austin malował wtedy dom w Loz Feliz, i słuchał zachłannie wszystkich przebojów Elvisa. Na taśmę wybrał najpierw „Love Me Tender”, ale sam doszedł do wniosku, że w jego wykonaniu brakuje szczerości. „Było strasznie odtwórcze” – mówił w wywiadach. Pewnej nocy obudził go koszmar, śniła mu się zmarła mama, która we śnie jeszcze żyła i znów chorowała. Austin obudził się i pierwszy raz pomyślał, że zaśpiewa „Unchained Melody”, nie dla kobiety, kochanki, ale dla mamy. „Siadłem w szlafroku przy pianinie i zaśpiewałem, dla mamy, nie chciałem naśladować Elvisa, nie skupiałem się na tym. Chciałem, żeby ta piosenka była pełna emocji” – mówił. Taśmę wysłał na przesłuchanie. Baz Luhrmann od razu wiedział, że Austin zagra w jego filmie główną rolę.
Po nominacji do Oscara, większość obstawiała, że to Austin Butler będzie ściskał statuetkę dziękując wszystkim ukochanym osobom za wsparcie. Tak się jednak nie stało. Jednak Austin właśnie jako Elvis podbił serca nie tylko krytyków, widzów, ale też kolegów po fachu. Tom Hanks, który w „Elvisie” grał z Austinem, nie czekał aż jego grafik wypełni się po brzegi propozycjami. Jeszcze przed zakończeniem zdjęć zaproponował mu pracę.
„To było już przy końcu zdjęć. Mieliśmy chyba miesiąc do końca, ale Gary Goetzman powiedział mi, że nie znam całej historii. Zgaduję, że Gary pytał o mnie Toma już na początku, jak zaczynaliśmy kręcić „Elvisa”, albo coś w tym stylu. Tak myślę, ale czekali, i właśnie pod koniec Tom zaprosił mnie na kolację, i rozmawialiśmy o „Władcach przestworzy”” – mówi Butler.
„To nie była ciężka decyzja. Miałem Toma Hanksa, Stevena Spielberga, Gary’ego Goetzmana, to gwarancja sukcesu, bo przecież to oni nakręcili „Kampanię braci” i „Pacyfik”. Wiem też, że takie propozycje nie padają codziennie, nie zastanawiałem się nawet minuty.”
„Zakończyłem pracę na planie „Elvisa” i od razu się rozchorowałem” – wspomina aktor, który prawdopodobnie złapał jakiegoś wirusa i wylądował w szpitalu. Austin mówi, że był wykończony po pracy, a rola Elvisa pochłonęła go w całości. Po wyjściu musiał złożyć obietnicę Tomowi Hanksowi, że już nigdy nie da się tak ponieść, i zadba o swój dobrostan zanim całkowicie się posypie. „Przez tydzień nie podniosłem się z łóżka, a potem od razu wsiadłem w samolot i poleciałem do Anglii. Nie miałem zupełnie czasu, żeby przygotować się do nowej roli, ale kiedy doleciałem do Anglii wylądowałem najpierw na dziesięciodniowej kwarantannie. To jeszcze był ten czas! Zostałem zamknięty sam ze sobą w pokoju hotelowym, więc zabrałem się za czytanie książki Donalda L. Miller’a, na podstawie której powstał scenariusz do serialu. Obejrzałem również „Kampanię braci” i „Pacyfik”. To pozwoliło mi się odnaleźć w czasie i w historii, i zaraz później wylądowałem w naszym filmowym obozowisku, tak to wszystko się zaczęło.”
25 czerwca 1943 roku z bazy Thorpe Abbots w Norfolk, po raz pierwszy wyleciały bombowce amerykańskiej 100 Grupy Bombowej zwane „Krwawą Setką”. Samoloty leciały zbombardować niemieckie zklałdady lotnicze i bunkry z U-botami. Wystartowało 30 samolotów z „Setki”, nie wróciło trzy. W czasie swojej europejskiej misji z „Krwawej Setki” zginie latając 184 załogi i 785 lotników.
„Władcy przestworzy” opowiadają o losach „Krwawej Setki”, a także o przyjaźni między dwoma pilotami – Galem „Buckiem” Cleven’em (w tej roli Austin Butler) i John’em „Buckym” Egan’em (Callum Turner). Bucky to kawaler, podrywacz, który rywalizuje z każdym, kto odważy się przyjąć wyzwanie. Buck jest spokojniejszy i na to, co robi patrzy dużo bardziej rozważnie.
„Już od pierwszego momentu jak spotkaliśmy się na planie, poczuliśmy, że coś nas łączy. Szybko przeszliśmy od mało istotnych pytań do rozmowy o życiu, o miłości, o naszych lękach i o planach na przyszłość, poznaliśmy się dość dobrze. Callum okazał się świetnym towarzyszem na planie, cieszę się, że razem nakręciliśmy ten serial” – podkreślał Butler.
Cała ekipa filmowa i aktorzy mieli czas, nie tylko żeby się poznać i oswoić ze sobą, ale również, żeby zapoznać się z życiem w bazie wojskowej. W serialu dużo się dzieje, w bardzo krótkim czasie. Sceny w samolotach, gdzie chłopcy muszą wykazać się wiedzą i bystrością, szybko reagować na to, co widzą – aktorzy mieli na planie ekrany, widzieli więc wrogie samoloty, są majstersztykiem wizualnym, ale wymagały sporo pracy i przygotowania, zanim padły pierwsze filmowe klapsy.
„Mieliśmy farta, bo budżet był ogromny, a na planie było mnóstwo technologii, która ułatwiała nam zadanie. Między innymi zamontowano ogromne ekrany, które wyświetlały nam, to co się dzieje – lecąc widzieliśmy horyzont, czy wrogie samoloty, które nas atakowały. To ogromne ułatwienie dla aktorów, bo zwyczajnie mogliśmy odpowiedzieć na to, co widzimy. Podobnie były z samolotami, które były podwieszone na ruchomych instalacjach, więc kiedy siedzieliśmy w środku bardzo łatwo było nam uwierzyć w to, że rzeczywiście lecimy, bo tak to czuliśmy” – mówi Austin.
Krytycy zachwycają się nie tylko pięknym zdjęciami, ale również pracą kamery, która nawet podczas scen rozgrywających się w samolotach pozwala nam, oglądającym, stać się częścią sceny. Obraz jest tak dynamiczny, że czujemy pokusę, żeby odwracać głowę za każdym razem jak obok przelatuje z prędkością błyskawicy niemiecki samolot.
Jeden z dziennikarzy zapytał Austina czy będąc wojennym pilotem chciałby wiedzieć, co go czeka. W jednej ze scen Buck ma pretensje do Bucky’ego, pyta go: „dlaczego mi nie powiedziałeś?” Austin, tak poważnie jak jego bohater mówi: „oczywiście, że chciałbym wiedzieć co mnie czeka. Mógłbym się na to przygotować, pomyśleć o planie działania, i o tym jak mogę ochronić innych przed niebezpieczeństwem.” W serialu piloci robią listy rzeczy do zrobienia, przygotowują sobie sprzęt sprawdzając czy wszystko działa, robią szczegółowe mapy, które pozwolą dotrzeć im do celu. Austin również przyznaje, że niektóre sceny i niektóre role ogrania dzięki przygotowaniu szczegółowej listy, rozpisaniu sobie co, kiedy i jak.
„Zanim wejdziesz na scenę lub na plan filmowy, sięgasz do swojej pamięci i upewniasz się, że wszystko co ma się wydarzyć tam jest, jeszcze gorące, gotowe. Te wszystkie rzeczy, które masz zagrać mają tam być, mają wirować. Czasami robię sobie notatki i listy, ale to zależy od roli, od sceny.”
Dla Austina to gorący czas, nie tylko promuje serial „Władcy przestworzy”, ale również drugą część mocno wyczekiwanego filmu Denisa Villeneuve’a – „Diuna”. Tu gra zły charakter, jest nie do poznania – sam makijaż, żeby przeobrazić go w Feyd-Rautha Harkonen’a trwał kilka godzin. Zapytany o to, co myśli o filmie, Austin z uśmiechem powtórzył to, co mówi o nim sam Villeneuve: „Mocno kocham [w domyśle drugą część „Diuny”].
„Dla mnie promowanie „Elvisa” i granie w „Diunie”, mniej więcej w tym samym czasie było szalonym wyzwaniem. Ale starałem się skupić na tym, co robię i jednocześnie sobie powtarzałem, że jestem szczęściarzem, że robię to, co robię. Czuję ogromną wdzięczność za to, co dostaję, za te szansy, za zaufanie, to daje im energię, żeby dalej działać, żeby grać. Powtarzam sobie „jesteś tu i teraz, daj z siebie wszystko”, to mnie ratuje, mocno stąpam po ziemi.”
We „Władcach przestworzy” to Austin zdecydowanie kradnie show. Kamera go kocha, a on z blond chłopca, który grał serialowego chłopka do wzięcia zmienił się w dojrzałego, młodego mężczyznę. Już nie mówi z akcentem Elvisa Presley’a, a na ekranie jest naturalny, wyluzowany, seksowny do granic przyzwoitości. Pozostaje nam czekać na premierę „Diuny”, żeby zobaczyć jak z bohatera zmienia się w zły charakter.