Poszarpać, popruć, stworzyć coś zupełnie od nowa – My, Margiela/ Docs Against Gravity

Nie wiadomo o nim zbyt wiele, a jego dom mody to czołówka wśród najlepszych, tych wymienianych jednym tchem. Słowo które pada najczęściej w stosunku do tworzonej przez nich mody to dekonstrukcja. Martin Margiela był inny, lubił popruć, wystrzępić, odwrócić na lewą stronę. I chyba był dość trudny, podobnie jak jego moda. W repertuarze DOCS against Gravity znajdziecie film „My, Margiela” – nie tylko o samym Martinie, ale przede wszystkim o zbudowanej przez niego marce. 

Kolektyw w białych fartuchach

Pierwsze pokazy wywołały oburzenie – czy są to rzeczy do noszenia? Czy to jest moda kobieca? Po wybiegu maszerowały modelki, które nie wyglądały seksownie, a ich twarze były zakryte. Prasa i publiczność przechodziły w skrajne emocje, jak mówią pracownicy domu mody Martin Margiela: „albo ktoś kochał, to co tworzymy, albo nienawidził, nie było nic pośrodku – albo miłość albo nienawiść”. Na tych pokazach łatwo było odróżnić, kto był współpracownikiem – wszyscy zawsze nosili do pracy białe fartuchy, więc na pokazach nie było wątpliwości, kto pracuje dla Margieli. 

Zrzut ekranu 2018-05-16 o 13.00.26.jpg
Modelki w kolekcji Maison Margiela/ kadr z filmu „We, Margiela”

Wyobraźcie sobie zimową kurtkę – obszerną, puchową, długą niczym płaszcz. Kurtka – kołdra, nikt by tego nie wymyślił i nie stworzył tak jak zespół Margieli. Martin był odpowiedzialny za pomysły, był głównym projektantem, ale za efekt odpowiadał zespół, to był ich wspólny wysiłek. Wracając do kurtki to była stworzona z dwóch elementów – kołdry z rękawami, dosłownie jak się ją rozłożyło, wyglądała jak zwykła kołdra, na którą nakładało się poszewkę – nadając kurtce jakiś wzór, a było ich kilka. Pionierskie i zaskakujące rozwiązanie. Gdyby projekt nie został pokazany w tak oczywisty sposób, nikt by się nie domyślił jak powstał i jaki był zamysł. A trzeba przyznać, że płaszcz wyglądał zjawiskowo. 

Nie byłoby tego całego zamieszania i jednocześnie sukcesu, gdyby nie jeszcze jedna osoba – mała i niepozorna blondynka, która była głową domu mody Margiela, organizowała i pilnowała, ale też udzielała się twórczo – brak metki to jej pomysł. Jenny Meirens, która była drugą najważniejszą osobą po Martinie, i jednocześnie współwłaścicielką, zawsze pozostawała w cieniu. Niby to ona jest na zdjęciu zrobionym przez Annie Leibovitz, a Martina nie ma, ale mało kto od pewnego czasu wiedział, że to ona również stoi za sukcesem tego przedsięwzięcia.  

My, Margiela: movie.jpg
Zespół Maison Martin Margiela w białych fartuchach/ kadr z filmu „We, Margiela” 

Niewidzialny Martin

Krążyły plotki, czy aby Martin Margiela jest prawdziwy? Na tych plotach wyrosła legenda – nikt go nie widział, nie rozmawiał z mediami, nie ma go na żadnym zdjęciu. I tak szukając w internecie znajdziecie podstawowe informacje, ale faktycznie żadnego zdjęcia, czy wywiadu. Czy to znaczy, że nikt nie wie kim on jest? No właśnie nie do końca, bo Martin zakładając swoją markę, tak jak każdy projektant – pracował przy pokazach, rozmawiał z mediami i spora część francuskich dziennikarzy wiedziała kim jest i jak wygląda. Za to dbał, żeby nie było go na zdjęciach i filmach. Chciał, żeby to co tworzy było ważniejsze niż on sam. Dlatego też, kiedy media mocno krytykowały pierwsze kolekcje, było mu ciężko, ale dla dobra marki jeszcze się spotykał z prasą. Ale później to on postanowił nadepnąć mediom na stopę – zamiast pokazu, prezentacji dla prasy i spotkania, Maison Margiela postawiło na klientów, pokazując swoją kolekcję w witrynach swojego sklepu. Modelki stały za szybą, ubrane i przygotowane, przed sklepem tańczył i wił się tłum wiernych już wtedy klientów, reporterzy przepadli w tym ścisku, poczuli się zaniedbani. A i tak łatwo nie mieli, bo na pokazach Margieli nie było pierwszych rzędów, przywilejów dla prasy czy gwiazd. Wtedy też nastąpił definitywny koniec relacji na linii projektant – prasa, który o dziwo przyniósł jeszcze większą popularność samym projektom. 

„Nic nie robi takiej sensacji i nie przynosi tak dużej sławy, jak cień tajemnicy. Nie o to Martinowi chodziło, ale działało to świetnie” – mówi jeden z współpracowników.

Końskie kopyto i sweter ze skarpetek

Gdybym chciała wymienić najbardziej awangardowe ze znanych marek – to byłoby to Commes des Garcones, Maison Martin Margiela i Vivienne Westwood. Jednym tchem, obudzona nawet o 3 nad ranem, nie pomyliłabym się i nie zastanawiała. Nikt tak nie namieszał jak oni. 

Sporo domów mody sięga dziś i to coraz częściej po rzeczy z recyklingu – zbyt mało jeszcze i zazwyczaj w limitowanych, niewielkich seriach. Martin Margiela lubił to, co posiadało wady – korzystał z materiałów, które były źle wybarwione, poprute, wystrzępione i robił z nich niebanalne i piękne kolekcje. W swojej pracowni miał pokój w którym składowano ubrania z pchlich targów, vintage shop’ów, które jego współpracownicy namiętnie gromadzili i które były nieskończoną dawką twórczej inspiracji. Zamiast wymyślać temat przewodni kolekcji, kolektyw inspirował się już istniejącymi ciuchami, materiałami i fakturami i z nich tworzył nowe ubrania. 

Najbardziej znany projekt – oprócz kurtki-pierzyny, to chyba buty Tabi. Nie przypominają mi nic innego tak bardzo jak końskiego kopyta – buty gdzie palce są podzielone, na średnim i bardzo masywnym słupku, wykonane ze skóry. Ich pierwowzorem są japońskie buty robotników – Martin dodał ten masywny słupek, co nie dodało im zgrabności. Mimo, że nie każdy się w nich zakocha, to mają spore grono fanów i towarzyszą wielu kolekcjom Maison Martin Margiela. Jak wspomina jedna ze współpracownic: „Często nie pracowaliśmy dla pieniędzy, tylko za jakieś drobne albo za ciuchy. Kiedy pojawiły się buty Tabi, powiedziałam Martinowi: nie chce nic innego, tylko daj mi te buty.” I o dziwo na filmie zobaczycie jak wyciąga je z szafy, pierwsze Tabi jakie powstały, do spodu znoszone. Są pamiątką, reliktem, przedmiotem uwielbienia. 

Tabi boots: Maison Martin Margiela.jpg

Tabi: MMM.jpg
Buty Tabi/ katalog z wystawy w Palais Galliera

Niewiele marek dawało swoim klientom instrukcje jak wykonać ubrania, które oni sami produkowali. Martin Margiela zaś namawiał, żeby jego klienci wykonali na przykład sweter ze skarpetek, udzielając przy tym bardzo szczegółowych instrukcji. Dziś oglądając to, jak ktoś tnie i zszywa skarpetki, po to żeby przerobić je na sweter, no cóż… zastanawiamy się czy jest sens. Albo pojawia się na naszych twarzach uśmiech zdziwienia. Kiedy jednak takie abstrakcje miały miejsce, początki lat ’90, nie tak łatwo było o dobre ubrania. Wystarczy przypomnieć sobie chociażby sklepy w Polsce.

Margiela: socks sweater.jpg
Część instrukcji jak wykonać sweter ze skarpetek/ Maison Martin Margiela/ całość na stronie MOMU

Gnijące suknie, futro z włosów

Mimo, że Martin nadzorował cały proces powstawania kolekcji, to mało obchodziło go, co myślą inni. Po tym jak pogniewał się na media, nie brał udziału w jakbyśmy to dziś nazwali „promocji marki”. Do tego stopnia, że nie ingerował w wystawy. To też bardzo ciekawy aspekt. Na filmie oglądamy jedną z najbardziej pionierskich wystaw – przygotowaną w całości przez współpracowników. W Rotterdamie w 1997 roku w muzeum pokazano ubrania Maison Martin Margiela, które nie były prezentowane na powierzchni ekspozycyjnej ale stały całkowicie za szybami, na zewnątrz muzeum. Jakby tego było mało były poddane nie tylko na działanie pogody, ale również bakterii które przyczyniały się do rozkładu materiału na oczach odwiedzających, którzy krążyli po pustych salach. 

Zrzut ekranu 2018-05-16 o 13.11.01.jpg
Wystawa w Rotterdamie 1997

Jeśli jesteście ciekawi historii domu mody Margiela – możecie się wybrać do Paryża, gdzie trwa obecnie wystawa, jedna jedyna w której przygotowaniu (prawdopodobnie) brał udział sam Martin. W Palais Galliera zobaczycie wszystkie najważniejsze projekty – nie tylko buty Tabi, czy płaszcz-kołdrę, ale także futro z włosów, kamizelki z rękawiczek, koszulki tatuaże, czy bluzkę zdobioną potłuczoną porcelaną. Wszystko to, co krytycy swego czasu nazwali szpetnym i brzydkim, wszystko to, co przyniosło sławę i rzeszę wiernych klientów Maison Martin Margiela. 

Zrzut ekranu 2018-05-16 o 13.16.24.jpg

Zrzut ekranu 2018-05-16 o 13.17.02.jpg

Zrzut ekranu 2018-05-16 o 17.49.12.jpg
Wystawa w paryskim Palais Galliera/ zdjęcia ze strony muzeum

Do obejrzenia także „My, Margiela” na festiwalu Docs Against Gravity. Polecamy! 

 


Jedna myśl w temacie “Poszarpać, popruć, stworzyć coś zupełnie od nowa – My, Margiela/ Docs Against Gravity

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.