Lana Del Rey… rock well

Lana del Rey wydała niedawno swoją piątą płytę. „Norman fucking Rockwell!” podobnie do poprzednich płyt jest utrzymana w duchu retro popu, a melancholia rozciąga się przez wszystkie kawałki. Lana włóczy się po plażach Kaliforni, przeżywa miłości i załamania. A jej fani śpiewają „I will love you to end of time”. 

Pamiętam jak koleżanka wpadła do redakcji w 2012 roku, zaraz na początku kariery nieznanej wtedy publiczności Lany del Rey, obwieszczając: musimy o niej napisać. Z minuty na minutę liczba odsłon jej przebojów rosła jak szalona – wszyscy nucili „Born to die”, „Blue Jeans”, czy „Video Games”. 

Trzeba zaznaczyć, że pierwszy album zatytułowany „Lana del Rey” nie wywołał aż takich emocji jak drugi, czyli „Born to die”. Pierwszy ukazał się w 2010 roku, kolejny w 2012. Prawdziwa, międzynarodowa kariera zaczyna się tak naprawdę od przebojów z drugiego albumu artystki.  

Za sławą poszły w świat plotki – gwiazda dopiero zaczyna karierę, nie miała wsparcia w rodzinie, w ogóle pochodzi „z biedy”. Wszyscy słuchali i kochali Lanę. Posypały się propozycje koncertów, udziały w reality show. I okazało się, że to czego słuchamy na płycie, na żywo nie brzmi dobrze, nie brzmi w ogóle. Najgorszy występ – Saturday Night Live, załamana publiczność, załamani fani piosenkarki. To nawet nie była wpadka, to nie było eksperymentowanie z głosem. Nie dało się tego słuchać. W świat poszła kolejna wiadomość – Lana del Rey nie umie śpiewać. 

Póżniej nie było lepiej, bo kolejne plotki i występy rozpalały media. Okazało się, że fakt, że Lana jest z biednej rodziny to gruba pomyłka. Lana nie tylko pochodzi z dobrze sytuowanej rodziny, która udziela jej wsparcia, ale też występowała wcześniej na scenie. Przez jakiś czas borykała się z uzależnieniami, od narkotyków, od alkoholu. 

Lana Del Rey/ źródło: instagram Lana Del Rey

Publiczność zna ją z jej bardzo specyficznego głosu – delikatny, pociągający, melancholijny podobnie jak teksty, które śpiewa. Nie ujdzie uwadze też jej wizerunek – mocno wymalowane oczy z pióropuszem gęstych i ciężkich rzęs, czasami Lana wygląda tak jakby ciężko jej było unieść powiekę, duże usta, podkreślone kości policzkowe. Nie do przeoczenia są też jej długie włosy – były rude, czarne, blond. No i ten retro styl, który dominuje w jej stylizacjach.

Lana del Rey mówi dziś w wywiadach: początek był trudny, ale mimo wszystkich wpadek podobało mi się to, co tworzyłam i tego postanowiłam się trzymać. Nie miało prawa się udać. A jednak mimo faktu, że Lana po pierwsze nie umie śpiewać dobrze, szczególnie jeśli chodzi o występy na żywo przed publicznością, po drugie wszystkie jej albumy są podobne – tak tematycznie, jak i muzycznie, to jednak ciągle przybywa jej fanów. 

W tym roku gwiazda wystąpiła na Openerze. Przed nią stało około stu tysięcy osób. Scena przypominała klimatem ukochaną przez artystkę Kalifornię, w tle majaczyły palmy. Lana del Rey zaczęła od „Born to die”. Śpiewała z nią cała publiczność. W odpowiedzi powiedziała: „Jestem szczęśliwa, że mogę tu z Wami być. I’m so fucking gratefull.” W mediach fani pisali: najlepszy dzień w moim życiu. To był całkiem fajny koncert, w ogóle Opener ma swój klimat – nie da się go porównać z niczym innym, bo kiedy śpiewa obok ciebie sto tysięcy osób, to przechodzą po ciele ciarki. 

Czy Lana del Rey nauczyła się śpiewać? Nikt wam na to pytanie nie odpowie. Część piosenek na Openerze artystka śpiewała na żywo, ale częściowo posiłkowała się playbackiem. Tym razem jednak jej głos brzmiał podobnie do tego, co słyszymy na płytach. To wystarczyło. Na Openerze oprócz utartych przebojów, Lana zaśpiewała kawałki z nowej płyty. Przedpremierowo. „Norman fucking Rockwell!” to melodie, które już znamy, to teksty które już mogliśmy śpiewać. A jednak fani znów są zachwyceni. Komentatorzy piszą, że to najdojrzalsza płyta Lany. Powstała we współpracy z Jackiem Antonoff’em, producentem, który w tym samy czasie pracował z Taylor Swift – jej ostatnią płytę, która ukazała się w tym samym czasie, co Lany, również określono jako najdojrzalszą i najlepszą w karierze artystki. Lana zapytana o to, odpowiedziała że nawet nie zdawała sobie do końca sprawy, że Antonoff pracuje ze Swift, ale zupełnie jej to przecież nie przeszkadza, najważniejsze, że jej się bardzo dobrze współpracowało. 

O tej współpracy opowiadała: „to jest jak dobry romans. Kiedy wszystko jest idealne mimo, że się tego nie spodziewałaś. Poznałam Jacka na przyjęciu i nie chciałam wtedy nagrywać nic w studio, głównie dlatego, że była zima i zamarzałam, nie miałam w głowie muzyki. Ale wtedy napisaliśmy piosenkę „Love song”, która trwała 40 minut i powiedziałam: jesteś taki dobry, chcę żebyś mnie nagrał, sam wokal, piosenkę którą zapisałam w notatniku, „Hope Is a Dengerous Thing”. I nagraliśmy ją, spodobało mi się jak śpiewam. Pomyślałam: nagrajmy album.”

„Norman fucking Rockwell!” jest ascetyczny w porównaniu z poprzednim albumem, na „Lust for Life” mieliśmy sporo różnych muzyków, zaczynając od The Weekend, Stevie Nicks z Fleetwood Mac, Seana Lennona, po hiphop A$AP Rocky’ego. „Zajęliśmy tyle przestrzeni twórczo z Jackiem, że wypełniliśmy sobą całe studio i całą płytę” – żartowała Lana. „NFR!” nawiązuje do postaci amerykańskiego malarza i ilustratora, który tworzył wyidealizowane obrazy Ameryki i Amerykanów, trochę na granicy kiczu i dobrego smaku. Rockwell balansował na granicy dokładnie tak samo jak Lana, albo można ją uwielbiać, albo stwierdzić że nie da się jej słuchać.  

Ulubione słowo Lany del Rey, nie tylko pojawia się w tytule płyty, ale tym razem również niezliczoną ilość razy w tekstach jej piosenek. Zdecydowanie sukces „Born to die” może powtórzyć ballada „F…it I Love You”. Ciekawymi kawałkami są również „Venice Bitch”, „California” i „Bartender”. Głos artystki niesie się melancholijnie na tle fortepianu, gitary i skrzypiec. 

„Jedyna rzecz o jakiej myślałam przy nagrywaniu tej płyty, to chciałam uzyskać nostalgię lat ’60, tak na szczęście. Nie zapytałam Jacka czy to mu się podoba, zrobiłam to.” – śmieje się Lana.  

„NFR!” wydaje się idealna do posłuchania w deszczowy, jesienny wieczór. Ta płyta to wszechogarniająca tęsknota za miłością, plażą, słońcem. I za tym co było…


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.