Jej ostatni film był kinowym hitem, a jednak po „Nie martw się, kochanie” Olivia Wild znikła na moment. Wszystko za sprawą plotek, po pierwsze aktorka związała się z Harrym Styles’em, po drugie wywiązał się konflikt między nią, a Florence Pugh – która grała u niej główną rolę; i który media rozdmuchały do nieprzyzwoitych rozmiarów. „Nie wiesz kim jesteś dopóki się nie rozpadniesz na kawałki” – mówi dziś Wild, która do kin wraca z nowym filmem. Nic nie musi nikomu udowadniać, chce jednak abyśmy docenili jej talent. „Zaproszenie” to dramatokomedia grana na wysokich emocjach.
Kilka miesięcy temu Olivia Wilde była w teatrze w Utach na pierwszym pokazie jej najnowszego filmu „Zaproszenie”. Wstała z miejsca i podążała na scenę, aby wygłosić krótkie przemówienie. „Nogi się pode mną uginały, szłam i myślałam: nikomu się nie podobał mój film” – mówi dziś w wywiadach. Kiedy szła, publiczność rząd po rzędzie podnosiła się z miejsc, wszyscy bili brawo, owacje trwały do momentu aż weszła na scenę. Wtedy zdała sobie sprawę z tego, co się dzieje. „W panice zaczęłam szeptać do siebie: tylko nie płacz, tylko nie płacz.”
Wild miała dobry powód, żeby tym razem jednak uronić łzy ze szczęścia. Do tej pory jako reżyserka nie miała farta, choć jej filmy są dobre. W 2019 roku zadebiutowała „Booksmart”, filmem o dwóch chłopakach z liceum, którzy w pewnym momencie zdają sobie sprawę, że ich czas mija, a oni zamiast choć trochę się wyszaleć, to uczą się po nocach. Tytuł został przyjęty bardzo dobrze, ale w box office wypadł bardzo słabo. Później z dużym rozmachem Olivia Wilde promowała „Nie martw się, kochanie”. Na ekranie mogliśmy podziwiać dwie gwiazdy na topie – Harry Styles i Florence Pugh zagrali parę żyjącą w wyidealizowanym świecie. I choć film był pięknie nakręcony, historia ciekawa i wciągająca, a Pugh dosłownie błyszczała na ekranie, to znów wszystko poszło nie tak. Plotka goniła plotkę, a media rzuciły się, aby na nich zarobić. Najpierw szeroko komentowały związek Wild z Harrym Styles’em, później jej konflikt z Florence Pugh. Wild zaś milczała. Wisienką na torcie były recenzje – nie wszystkim krytykom się spodobał jej film. The Guardian nazwał go „pustym feminizmem”.
„Nic z tego nie jest prawdą, chciałam to wykrzyczeć” – mówi dziś aktorka. „Hollywood z pewnością pozbawiło mnie całej mojej naiwności. Bardzo boli mnie myśl, że nie jestem do końca zrozumiana jako twórczyni i reżyserka” – mówi. Kiedyś grała razem z Jennifer Garner i to ona opowiadała młodszej koleżance jak szybko można zostać włożoną do jakieś szufladki, jak sprawnie przemysł filmowy przykleja łatki i jak trudno się ich pozbyć. Wild została zaszufladkowana jako obiekt pożądania. Ostatnie lata to jej ciężka praca, aby zmienić swoje emploi – „,myślę, że jestem teraz dużo ciekawszą bohaterką, czasami jest mi bardzo blisko do Cruelli” – śmieje się.
Czy Wilde żałuje tego, że związała się z Harrym Styles’em? Absolutnie nie, a czas spędzony z aktorem opisuje jako „piękny i radosny”. Para spotykała się od 2020 roku i zakończyła związek pod koniec 2022. Olivia Wilde żałuje natomiast, że kiedy prasa opisywała skandal za skandalem i wszystko kręciło się wokół „Nie martw się, kochanie” i jej życia osobistego, nie miała w sobie na tyle siły, żeby zareagować. Studio filmowe i jej bliscy kazali zachować jej spokój, więc pozostała spokojna. „Byłam zmuszona nic nie mówić, wychodziłam podczas promocji filmu i uśmiechałam się do tych samych dziennikarzy, którzy pisali o mnie głupoty. Ta sytuacja nauczyła mnie, że nie chcę w ten sposób postępować, chcę inaczej rozwiązywać takie konflikty.”
Teraz sytuacja wygląda zupełnie inaczej, a Olivia nie jest sama, stoi za nią duże studio filmowe i współpracownicy. „Zaproszenie” powstało we współpracy z Willem McCromackiem i Rashidą Jones. Pomysł powstał na kanwie hiszpańskiego filmu „Sentimental”. Amerykańskie studia filmowe dosłownie walczyły o ten tytuł. Film Wilde chciało mieć dla siebie Warner Bros, licytował też Netflix. Ostatecznie film za ponad 12 milionów dolarów trafił do portfolio A24. Ten deal był jednym z najdroższych podczas festiwalowych pokazów, a Olivia i tak negocjowała dalej – nie zależało jej na pieniądzach tak bardzo, jak na premierze kinowej. „Moim celem była premiera w kinach, nie wyobrażałam sobie tego filmu bez niej, ale też nie myślałam, że ta premiera będzie dla mnie leczącym doświadczeniem.” – podkreśla.
W „Zaproszeniu” Olivia Wilde gra Angelę, żonę Joe’go – w tej roli zobaczycie Setha Rogena. Angela i Joe przeżywają kryzys, ona urządza mieszkanie i opiekuje się dzieckiem, on uczy w szkole muzyki i nie jest z tego powodu szczęśliwy. Kiedy Joe wraca do domu po pracy na swoim składaku, dowiaduje się, że będą mieli gości. Fala napięcia przelewa się między małżonkami – ona jest podekscytowana sąsiadami, on ich nie znosi i przygotowuje się do urządzenia prawdziwej awantury. Hawk (Edward Norton) i Piña (Peneope Cruz) doprowadzają Joe’go do szaleństwa swoim głośnym seksem.
„Mam nadzieję, że z filmu każdy wyniesie to, co pozytywne. Związki międzyludzkie nie należą do łatwych, ale to nasz wybór jak będą wyglądać. Możemy się poddać, popaść w rutynę czy depresję, a możemy spróbować coś zmienić i znów cieszyć się życiem. Myślę, że to jest idealny film dla par” – wyznaje Wilde.


Aktorka lata temu czytała ten scenariusz i pierwotnie miała zostać Piñą, ale nigdy nie poszła na spotkanie z producentami. Później na kastingu pojawili się Amy Adams i Paul Rudd, ale ostatecznie i z tego nic nie wyszło. W 2024 roku Olivia Wilde pojawiła się w tym projekcie w roli reżysera. „Nie chciałam nic nikomu udowadniać, bałam się tego filmu, ale też nie chciałam się poddać. Uważam, że jestem niezłą reżyserką, chciałabym żeby publiczność miała szansę się o tym przekonać, pracuję na ten sukces cały czas” – wyznaje.
Film jest szczery, momentami zabawny, ale dramatycznych zwrotów akcji też tu nie brakuje. Wilde miała od początku na niego swój pomysł – cała akcja rozgrywa się w jeden wieczór, w jednym mieszkaniu, a reżyserka chciała, aby sceny były trochę teatralne. I są, tak jak ta, kiedy Joe krzyczy oświetlony światłem lampki niczym reflektorem, czy ta w której Angela stoi w wannie i opowiada o płytkach. Ten efekt to zasługa wielu prób, po siedem godzin dziennie – „chciałam mieć wszystko dopracowane, kręciliśmy scena po scenie, tak jak ćwiczyliśmy.”
Wilde jest bardzo rozpoznawalna, Hollywood pokochało ją za urodę – długie, blond włosy, wysokie kości policzkowe i zielone oczy w kształcie migdałów. Ale jej uroda to nie wszystko, bo Olivia jest mądra, wygadana i ambitna. Nie wystarczyło jej granie w filmach, chciała czegoś więcej. I tu pojawił się problem, bo zdecydowanie łatwiej obchodzić się z kobietą, która jest cicha i niepewna siebie, niż z taką, która jest fighterką, a Wilde jest zdecydowanie fighterką i to o feministycznych zapędach. To widać w jej filmach, to widać w „Zaproszeniu”. Jej Angela jest zagubioną panią domu, która jeszcze chciałaby coś zmienić, znów poczuć radość, tyle że nie umie wyjść z patowej sytuacji w której utknęła. Piña jest jej przeciwieństwem. Jest tą rozsądną, stabilną kobietą, która nie boi się doświadczać życia. Piña nie ma problemu, żeby ustawiać mężczyzn do pionu i bardzo ładnie mówi: nie, nie życzę sobie takich zachowań, takich komentarzy.
„Zdarza się, że ludzie do mnie podchodzą i dziękują mi za moje filmy. Gdyby nie to, być może uznałabym, że nie warto dłużej tworzyć, świat filmu jest taki brutalny.” – mówi Wilde. Czy kobiety dostrzegą, że Wilde w „Zaproszeniu” staje po ich stronie? Czy będą jej wdzięczne?
Po premierze „Nie martw się, kochanie” Olivia zniknęła na długą chwilę z medialnych radarów. Natłok negatywnych komentarzy zgniótł jej siłę, do tego za moment doszło rozstanie ze Styles’em. Część dziennikarzy – szczególnie kobiet, dostrzegła falę hejtu z którą Wilde musiała się zmierzyć i pojawiły się nowe nagłówki, które wprost mówiły: „dajcie jej spokój!”. Wilde potrzebowała jednak czasu, żeby stanąć na nogi. Poszła na terapię, siadała i wypełniała swój czas książkami, zaczęła prowadzić dziennik. „Myślę, że nikt z nas nie wie jakim jest człowiekiem, dopóki się nie rozpadnie na kawałki. To trudne chwile nas budują. Nie wierzę nikomu, kto nie miał złamanego serca” – wyznaje dziś. „Jeśli udaje nam się przejść te krytyczne życiowe zakręty, to wtedy okazuje się, że jesteśmy zupełnie inni, silniejsi, ale też często bardziej doceniamy to, co mamy, potrafimy się cieszyć życiem.”
Jej odskocznią od codzienności stały się wycieczki. Wilde odwiedziła Big Sur, wspinała się w górach w Butanie, spędzała czas w Irlandii, włóczyła się po małych miasteczkach na Maui. Często podróżowała sama. „Mówię moim koleżankom, żeby się nie bały i ruszały w świat, takie samodzielne podróżowanie uwalnia. Można spotkać naprawdę wiele osób, fajnych i miłych. Dla mnie takie podróże mają jeszcze jedną zaletę – mogę być sobą, bo często ludzie mnie nie poznają, nie wiedzą że jestem aktorką. To fantastyczne uczucie.”
W jej życiu jednak najważniejszym punktem są jej dzieci – dziś Otis ma 12 lat, a Daisy 9. Wilde dzieli się opieką nad nimi z byłym już partnerem Jasonem Sudeikisem. O aktorze mówi dobrze – „byliśmy zupełnie inni i zdecydowanie lepiej nam w przyjaźni niż w partnerstwie” i chwali się, że dzieci kochają ojca, a Sudeikis chętnie spędza z nimi czas. „Ostatnio Jason poprosił, żeby Daisy mogła do niego przyjechać, aby razem mogli obejrzeć mecz. Poszli do knajpki na Brooklynie. Później dostałam zdjęcie, Daisy siedzi i kibicuje, obok niej Spike Lee i burmistrz Nowego Jorku Zohran Mamdani, byłam dumna, bo to dwóch mężczyzn których podziwiam. ‚Fuck, yeah!’ – pomyślałam wtedy.”
Otis na Dzień Matki dał Olivii kartkę, w środku napisał: „dziękuję, że jesteś taka cool i wyluzowana”. Olivia śmieje się, że odczytała ten komunikat jako: „jesteś fajna, lubię Cię”. I jest z tego bardzo dumna. Na jednym z wywiadów przyznała, że właśnie pozwoliła Otisowi opuścić dzień w szkole, bo ją o to poprosił i wyglądał tak, jakby potrzebował tego dnia odpoczynku. To zupełnie inne wychowanie niż to, które odebrała ona sama. Wilde wychowywała się w Nowym Jorku i Waszyngtonie. Jej rodzice zajmowali się dziennikarstwem, pisali reportaże śledcze i wojenne i byli za to nagradzani. Jej niańką był Christopher Hitchens, który zajmował się pisaniem o polityce. „Moja mama była bardzo odważna i odnosiła sukcesy w świecie zdominowanym przez mężczyzn. Mnie też nauczyła jak być twardą kobietą, jak wyrażać własne zdanie i jak o nie walczyć. Ja nie uczę swoich dzieci jak mieć twardy tyłek, myślę że świat bardzo szybko ich tego nauczy. Ja chciałabym im dać poczucie ciepła i bezpieczeństwa, żeby zawsze miały dokąd wracać.” Wilde śmieje się sama z siebie – „jestem ich największą fanką, wpieram każde ich hobby, choć muszę przyznać, że te zmieniają się jak w kalejdoskopie i czasami są dość dziwne. Ostatnio moje dzieci miały fazę na cyrk, czy cyrk może być wymarzonym miejscem pracy?”
Olivia pierwszy raz wspomniała o tym, że chce być aktorką jak miała zaledwie dwa latka. Jej rodzice od początku byli przekonani, że córka ma artystyczne zacięcie i chętnie ją wspierali. W jej domu przewijało się sporo osób ze świata kultury, odwiedzał ich Salman Rushdie, Steven Spielberg, raz na kolacji był podobno Mick Jagger. Jako nastolatka Olivia zmieniła nazwisko, na Wilde, oddając hołd Oscarowi Wildowi. W wieku 19 lat pierwszy raz wyszła za mąż, w starym szkolnym autobusie powiedziała tak Tao Ruspoliemu, który był włoskim arystokratą, prasa pisze również o nim, że był księciem. „To było najbardziej romantyczne, optymistyczne i szalone doświadczenie mojej młodości” – mówi aktorka o tym momencie życia. To był również moment, kiedy podjęła studia aktorskie i kiedy z nich zrezygnowała, żeby przenieść się do Los Angeles. „Miałam dużo pracy i mało życiowych dramatów, byłam bardzo skupiona na karierze” – podkreśla.
Jej granie zaczęło się od seriali dla nastolatków. Pierwszy przełom to rola pani doktor w serialu „House”, Olivia gra tam młodą lekarkę, która robi specjalizację. To dzięki temu serialowi świat poznał jej nazwisko. Była młoda, nieziemsko piękna, a jej postać była superinteligentna. Była też biseksualna i jak się później okazało miała chorobę Huntingtona. Trudno było zapomnieć o dr Remy, czyli serialowej „Trzynastce”.
Po czterech bardzo aktywnych latach na planie „House’a” przyszła pora na film. Olivia zagrała z Danielem Craigiem w „Kowbojach i obcych”, później była dziewczyną z randki w ciemno w filmie „Her” Spike’a Jonze’a. Na planie „Kumpli od kufla” poznała Jasona Sudeikisa. Grała w takich filmach jak” „Miasta miłości”, „Romans na haju”, czy „Bardzo długi tydzień”. Ale w międzyczasie została również ambasadorką kosmetyków i wyreżyserowała krótki film dla magazynu Glamour. To doświadczenie otworzyło jej oczy i Wilde zapragnęła reżyserować. Zaczęła produkować dokumenty i teledyski. I znów zabłysła na ekranie – w 2016 roku zagrała w serialu „Vinyl”.
Mając już silną pozycję na rynku, Wilde zaczęła mówić otwarcie o tym, co jej się nie podoba. Nie pozwoliła retuszować swoich zdjęć – przekonując kobiety, że ich ciała są piękne takie jakie są. Na znak protestu politycznego ścięła swoje długie włosy – nie chciała wyglądać jak Melania Trump. Media komentowały każdy jej krok, przyglądały się uważnie. A ona zdecydowała się nakręcić swój własny film. Na „Booksmart” nie zarobiła prawdopodobnie ani jednego dolara.
Przeżyła rozstanie z Sudeikisem, z Harrym Stylesem, krytykę swoich filmów. I mimo, że jest dużo dojrzalsza i coraz pewniejsza siebie, to są rzeczy które nadal sprawiają jej przykrość. W kwietniu w mediach pojawiło się zdjęcie Olivii – wygląda na nim na zmęczoną i dużo starszą niż jest, dziennikarze komentowali, że wygląda jak Gollum z „Władcy pierścieni” i rozważali czy stosuje Ozempic. To zdjęcie było dosłownie wszędzie, komentowane przez wszystkich. „To było okropne ujęcie, wyglądałam jak Gollum” – przyznała w jednej z rozmów aktorka. Długo milczała, ale po wypowiedzi jednej z dziennikarek – „wygląda jak trup”, Olivia odpisała: „Jeszcze żyję!”. Był to komentarz z przymróżeniem oka, choć cała sytuacja była bardzo niekomfortowa.
Zgodnie z zasadą: „bój się i rób”, Olivia gra i ryzykuje. „Zaproszenie” nie jest łatwą w odbiorze komedią – dzieje się tu wiele ważnych rzeczy, o których można zacięcie podyskutować. A przed nią jeszcze jedna premiera w tym roku. Olivia zagrała Erikę Tracy w filmie „I Want Your Seks” Gregg’a Araki. Jej Tracy jest artystką, która ma bardzo wysokie libido i która uwielbia nosić lateks, w dodatku uwodzi dużo młodszego od siebie chłopaka. Reżyser zatrudniając Wilde powiedział do niej: „to jest rola dla osoby, która ma komentarze w dupie. Musimy na planie być totalnie odważni i nie przejmować się tym, że nasza główna bohaterka jest zwyczajnie niesympatyczna…” Wilde nie wahała się – „to jest rola, którą chcę zagrać”, tak brzmiała jej odpowiedź.
„Ta rola jest taka kampowa i jest świetną okazją, żeby pośmiać się z siebie, z mojej osobowości i tego jak ją widzą inni, to również możliwość przyjrzenia się pewnemu archetypowi kobiety” – podkreśla Wilde.
I faktycznie, rolą Eriki Tracy prowokuje swoich największych krytyków – czyli media. „Nie chciałabym, aby dziennikarze przy tej okazji pytali mnie o Harry’ego, byłabym rozczarowana i niezadowolona z takich pytań” – lojalnie uprzedza.
Najważniejsze w tym całym zamieszaniu jest dla niej to, żeby widzowie dobrze się bawili i nie żałowali, że poświecili swój czas na oglądanie. A ona już planuje kolejny film. „Będzie zabawny, ale też będzie łamał serce, zobaczycie” – obiecuje, pełna nadziei.
„Zaproszenie” możecie oglądać teraz w kinach.
Przy pisaniu korzystałam z materiałów: Vogue, The Cut, A24