Gracie Abrams nadal wygląda jak ta szepcząca swoje pierwsze przeboje nastolatka, ale już nie szepcze. Odnalazła swój głos, swoją odwagę i spokój. Kosztowało ją to wiele siły i ambicji. Dziś już tak nie przeżywa czy za swoją muzykę znów dostanie nominację do Grammy, choć byłoby miło. Nie zastanawia się, dlaczego ktoś nieustannie porównuje ją z Taylor Swift, czy Olivią Rodrigo. Postanowiła zwyczajnie cieszyć się faktem, że może tworzyć i śpiewać. Na swojej nowej płycie opowiada o tym, że była dziewczyną prosto z piekła rodem, mało brakowało, a zderzyłaby się ze ścianą.
Na co dzień Gracie Abrams nie udaje wielkiej gwiazdy. Na wywiady umawia się z dziennikarzami w parku, gdzie towarzyszy jej pies – jamnik o imieniu Weenie. Swoją uwagę dzieli między niego, a odpowiadanie na kolejne pytania. Jest miła, otwarta, uśmiechnięta. Ubrana w spodnie i koszulkę z napisem: ROBAK, wygląda jakby nie miała nawet 20 lat. Tak naprawdę ma już 26, jedną nominację do Grammy, a przed nią premiera jej trzeciego krążka – „Daughter From Hell”, płyty która może rozdmuchać jej karierę na dobre.
Swój czas Abrams dzieli między Los Angeles, gdzie ma rodzinę, przyjaciół i Weeniego, a Londyn, gdzie mieszka obecnie razem z aktorem Paulem Mescalem. Jednym z największych zarzutów wobec jej twórczości jest to, że Gracie jest nepo baby. Jej ojcem jest J.J. Abrams, a mamą Katie McGrath. Oboje są znani, ale to filmy J.J. Abramsa wymienia się z pamięci, to takie hity jak „Gwiezdne wojny”, „Star Trek”, czy „The Office”. To z tego powodu, każde jedno potknięcie Gracie jest odnotowywane przez prasę. Media społecznościowe też nie są dla niej dobrym miejscem – „właściwie już dawno przestałam czytać, co się o mnie pisze. Gdybym nie dała sobie spokoju, to kosztowałoby mnie to depresję”, mówi. Swoje życie nazywa chaosem – dzieje się w nim tyle rzeczy, czasem tak szybko, że Abrams zwyczajnie nie nadąża.
Osiem lat temu Gracie przyjechała do Nowego Jorku, żeby studiować w Barnard. Już wtedy miała swoich instagramowych fanów. Na mediach społecznościowych publikowała pierwsze piosenki. Nagrywała je w swojej sypialni. Rok później rzuciła studia, żeby zająć się muzyką na poważnie. Wypuściła swoją pierwszą, ważną epkę „Minor” w lipcu 2020 roku. Przewrotnie pandemia okazała się jej czasem, bo Abrams śpiewała szczere, łapiące za serce piosenki i właśnie takiej muzyki ludzie wtedy potrzebowali. Każdy wypuszczony przebój kosztował artystkę sporo nerwów – nie wierzyła w to, że ktoś tego słucha, że jej twórczość może się podobać, a odsłuchów było coraz więcej i więcej.
„Kiedy myślę o tym czasie, jeszcze cztery, pięć lat temu, to wiem, że nie miałam za dużo doświadczenia w tworzeniu i wydawaniu muzyki i wiem również, że uwielbiałam pisać i tego się trzymałam. Pisanie było dla mnie najważniejszą rzeczą na świecie, dosłownie. Pisałam, ale nie tworzyłam czegoś spójnego, każda z tych piosenek żyła swoim życiem. A później przyszedł czas na album „Good Riddance” i wtedy już wiedziałam, że chcę aby moje przeboje tworzyły jedną całość, aby słuchacze mogli puszczać kolejne piosenki, jedna po drugiej. Wszystkie te dźwięki odzwierciedlają moje życie, są w nim zakotwiczone, dlatego moja muzyka cały czas ewoluuje, zmienia się. Uważam, że dziś jestem najbardziej świadomą wersją siebie, dlatego nowa płyta jest taka odważna i ekstrawertyczna. Jestem teraz bardzo pewna siebie”- mówiła Abrams w wywiadzie dla Vogue.
W momencie, kiedy skończyła się pandemia, Abrams ruszyła w swoją pierwszą trasę koncertową i wydała kolejną epkę – „This Is What It Feels Like”. Chwilę później dołączyła do podbijającej świat koleżanki – Olivii Rodrigo, żeby otwierać jej koncerty podczas trasy koncertowej Sour Tour. Dla Rodrigo to też była pierwsza tak duża trasa i emocje, których się nie zapomina. Teraz artystki są koleżankami i choć nie spotykają się często, to łączy je fajna więź – to z Rodrigo Abrams zapowiada swój nowy album. W szczerej rozmowie o muzyce, inspiracjach i życiu, słychać zadowolenie i dumę, że im się udało.
Wracając z trasy koncertowej z Rodrigo, Abrams postanowiła nie wracać do domu, ale zamieszkać w Los Angeles razem ze swoją koleżanką. Był 2023 rok. Koleżanką z którą Abrams zamieszkała była Audrey Hobert, która próbowała swoich sił w pisaniu scenariuszy dla telewizji, ale w sercu kręciła ją również muzyka. Audrey Hobert i Gracie poznały się jeszcze w szkole, dzięki wspólnym znajomym. Razem zakradały się do pustej sali muzycznej, żeby grać na instrumentach, na szkolnych wycieczkach śpiewały przeboje Eda Sheerana. To Hobert zachęciła Gracie do publikowania swoich piosenek. „Byłyśmy bardzo zżyte i wszystko robiłyśmy razem” – mówi dziś Hobert.
„Good Riddance” to debiutancki album Abrams. Na płycie znalazło się 16 piosenek pop, ale był to pop w wersji soft. Jej głos w piosenkach jest tak delikatny, cichy, że zdaje się jakby artystka szeptała zamiast śpiewać. Album ukazał się w lutym 2023 roku, a kilka miesięcy później Abrams była już na scenie razem z Taylor Swift’s, otwierając jej koncerty podczas Eras Tour. To była duża trasa, 49 koncertów na stadionach wypełnionych po brzegi ludźmi. Pod koniec 2024 roku Gracie była już artystką z nominacją do nagrody Grammy w kategorii Najlepszy Nowy Artysta. I to wtedy ukazał się kolejny album – „The Secret of Us”. Tym razem już nie było tak cicho i lirycznie, na płycie znalazła się muzyka bardziej żywa, skoczna, słychać w niej inspiracje folkiem. Przeboje o miłości, o zdradzie, o trudnych powrotach, przyniosły jej nową rzeszę fanów, sprawiły że tym razem bilety na koncerty i to koncerty Abrams, wyprzedawały się w zawrotnym tempie. Na płycie znalazł się również utwór śpiewany z Taylor Swift.
„Jak to się stało, że Taylor nagrała razem z tobą piosenkę?” – pytali wtedy kolejni dziennikarze, bo Taylor bardzo trudno namówić na współpracę. „Spędzałyśmy razem bardzo dużo czasu, szczególnie podczas trasy koncertowej. Taylor stała się dla mnie przyjaciółką, czułam się z nią bardzo dobrze, bezpiecznie. Wybrałyśmy się na wspólną kolację, ona była w czasie nagrywania płyty i ja też. Rozmawiałyśmy o pracy, o nagrywaniu, inspiracjach, zupełnie tak jakbyśmy nie rozmawiały o pracy. Byłyśmy lekko pijane i było w nas tak dużo emocji, że przeniosłyśmy się do Taylor. Odtwarzałyśmy naszą muzykę, piosenka po piosence, słuchałyśmy też muzyki którą przesłał mi kolega i wtedy zaczęłyśmy tworzyć coś nowego. W ruch poszło pianino, siedziałyśmy tak do piątej nad ranem. To było zupełnie szalone. Żadna z nas tego nie planowała” – opowiada Gracie.
Po wydaniu drugiej płyty tak szybko po pierwszej, Gracie postanowiła zwolnić. Ostatnie wakacje należały tylko do niej – „było tak cicho, spokojnie, nawet nie zdawałam sobie sprawy jak szybko żyłam, dopóki się nie zatrzymałam”, podkreśla. „Kiedy pracowałam, nie miałam czasu dla przyjaciół, nie ugotowałam sobie sama żadnego posiłku, nawet nie spałam tyle, ile potrzebowałam” – mówi. W niektórych rozmowach z dziennikarzami wyznaje ze szczerością, że był to moment w którym myśłała, że wyśpiewała już wszystko, co miała do wyśpiewania.
Wypoczęta, z nową energią odwiedziła jednak studio nagraniowe Long Pond i spotkała się z Aaron’em Dessner’em, producentem i muzykiem. Oba swoje albumy nagrywała razem z nim w tym studiu i tu zdecydowała się nagrać również trzeci krążek. Dessner jest osobą, którą Abrams podziwia. Najpierw poznała go jako muzyka, jego The National należało do ulubionych zespołów artystki. Później zaufała mu jako producentowi – „bycie w jego otoczeniu jest elektryzującym doświadczeniem, ale równocześnie człowiek przy nim odczuwa spokój, taki niczym niezakłócony spokój.”
Dwie poprzednie płyty to opowieści o trudnej miłości, o chłopcach nieodpowiedzialnych i niedojrzałych, o zagubionych uczuciowo dziewczynach, które widziały siebie w tekstach Gracie. „Moi byli chłopcy całej prawdy dowiadywali się z tekstów piosenek” – wyznaje artystka. Tym razem jej związek z Paulem Mescalem jest dużo dojrzalszy i opiera się na jasnej komunikacji. „Bałam się, że nie będę miała o czym pisać, że moje teksty były nakręcane przez trudne emocje, poczucie niestabilności” – opowiada Abrams.
Okazało się, że Gracie ma o czym pisać, wystarczyło zagłębić się w swoje życie, spojrzeć z szerszej perspektywy czasu. Artystka na płycie rozlicza lata w których dorastała. Jako nastolatka była jak tornado, potrafiła narobić bałaganu. Moment w którym zaczęła traktować muzykę poważnie przywrócił ją do pionu, ale nie zapomniała o tym, jak to było kiedyś. Tak powstała płyta „Daughter From Hell” – to portret szalonej nastolatki, ale też drogi jaką przeszła, żeby znaleźć się tu gdzie jest.

Tytuł płyty jest jednocześnie tytułem jednej z piosenek – „była ostatnią piosenką jaką nagrałam, usłyszałam jak Aaron gra i te dźwięki były dla mnie wszystkim, wyszłam, zamknęłam się w pokoju sama i pisałam. To list miłosny do mojej mamy, byłam dla niej często okropna, nie jestem w stanie cofnąć czasu i tego zmienić. Napisałam więc dla niej piosenkę. Łzy mi się lały po policzkach jak ją tworzyłam, tak dużo emocji we mnie buzowało” – wspomina wokalistka w szczerej rozmowie z Olivią Rodrigo.
„Te piosenki brzmią jak ty, są bardzo szczere, dogłębnie przemyślane, za każdym razem jak ich słucham, odkrywam w nich coś nowego, jakąś nową warstwę której wcześniej nie dostrzegłam. Są tu takie przeboje, które zostają w głowie, które śpiewa się mimowolnie i człowiek nie potrafi przestać” – mówiła Rodrigo.
„Cała moja nowa płyta to duży krok do przodu, to zupełnie nowa ja. Pierwszy raz zastanawiałam się, co czuje bohater moich piosenek i bardzo uważałam, żeby nikogo nie skrzywdzić. Muzyka tak idealnie towarzyszy słowom” – podkreśla Abrams. Warstwa dźwiękowa płyty jest dużo bardziej zróżnicowana, są aranżacje z orkiestrą, takie które robią wrażenie i z pewnością najlepiej się będzie ich słuchało w ogromnych salach koncertowych, w tłumie ludzi.
Singlem promującym wydawnictwo jest „Hit the Wall”, piosenka w której Abrams pokazuje jaką jest emocjonalną osobą. Każdy z nas miewa dołki, kryzysy, dochodzi do ściany, ale nie każdy potrafi tak poetycko to opisać. Tekst jest uniwersalny i chwytający za serce, a jednocześnie piosenka ma w sobie rockową nutę. To sprawia, że można się przy niej dobrze bawić. Jest też przypomnieniem, że zawsze można się zatrzymać, odetchnąć i nie dopuścić, żeby sprawy przybrały naprawdę zły obrót. „Jeśli nie słuchamy siebie, nie zwracamy uwagi na to, jak nasze ciała proszą o pomoc, podnoszą alarm, to z pewnością skończy się to kryzysem” – przypomina artystka w rozmowie z Vogue.
Podczas tworzenia płyty „The Secret od Us” Gracie współpracowała chętnie z Audrey Hobert. Na „Daughter from Hell” nagrały razem piosenkę „Minibar”. To jedna z pierwszych nagranych w studiu melodii. „Jest naprawdę super” – zachwyca się Hobert. „To jest cała esencja spędzania czasu z Gracie.”
Abrams jest otwartą osobą, nie ukrywa swojego życia za kulisami, chętnie dzieli się zdjęciami z wakacji, z muzycznych festiwali, z czasu spędzanego razem z Paulem Mescalem. Dziennikarzom opowiada o swoim związku. Dużym przeżyciem dla niej była produkcja i kręcenie „Hamneta”, w którym Mescal grał główną rolę. Przez cały czas, kiedy trwały zdjęcia Gracie towarzyszyła mu w Londynie – „po każdym dniu na planie razem spędzaliśmy czas, dzieląc się swoimi spostrzeżeniami na temat pracy. Czułam się tak jakbym czytała epicką powieść, bo tak miej więcej czuje to ktoś, kto patrzy z boku jak powstaje coś tak wspaniałego i wielkiego”- mówi Gracie. Na artystce wrażenie zrobiła Jessie Buckley, która również gra główną rolę, a także Chloé Zhao – reżyserka filmu. Obie kobiety piosenkarka opisuje jako „czarownice” i nie ma w tym żadnej negatywnej nuty, wręcz przeciwnie podziw dla ich umięjętności. „To było magiczne, osoba którą kocham była przez ten czas otoczona przez czarownice!” – wyznaje z podziwem. Była też dumna z Mescala, który wcielił się w rolę Szekspira i chętnie towarzyszyła mu na czerwonym dywanie podczas premiery filmu.
Gracie dużo czasu spędza z Mescalem, ale kocha też rozmawiać z mamą – „robię to ciągle, dzwonię do mamy cztery razy dziennie” – śmieje się. Jeszcze niedawno nie było jej stać na taki luksus jak wolny czas – zajmowały ją trasy koncertowe, pisanie, nagrywanie, a jak już miała chwilę, to była tak zmęczona i przybita, że zwyczajnie nic jej się nie chciało. „Nie słuchałam swojego ciała, nie liczyłam się z tym, czego naprawdę potrzebuję, to prosta droga do depresji i wypalenia” – mówi poważnie. Z drugiej strony jest w niej chęć do życia, do zbierania nowych doświadczeń, spędzania czasu z bliskim jej osobami.
„Teraz nagle poczułam jak szybko mija czas, dosłownie ucieka nam między palcami i to mnie trochę przeraża” – mówi. „Wierzę jednak, że kiedy będę miała 85 lat i spojrzę wstecz to powiem: robiłam naprawdę dziwne rzeczy! Ale też będę miała dużo doświadczeń i przygód. Chcę mieć pełne życie.”
Gracie jak była nastolatką pisała dzienniki, był to jej sposób na relaks, chwila na przemyślenia. Dziś artystka lubi malować pastelami. Jej nową rozrywką jest także rysowanie portretów „w ciemno”. Gracie zrobiła to w programie Jimmy’ego Falona, dostała kratkę i ołówek i patrząc prosto w oczy prowadzącego rysowała jego portret. Wyszedł koślawy Picasso, ale z dużą dozą uroku. Była przy tym ujmująca, lekko zawstydzona. Jimmy gratulował jej nowej, wspaniałej płyty, którą chętnie pokazywał publiczności. Zaczepił ją jeszcze o film. „Słyszałem, że zagrasz w filmie?” „Tak, to już się dzieje za moment, wyruszam za chwilę” – opowiedziała i szybko zmieniła temat.
Przed nią kolejna przygoda, razem z reżyserką Haliną Reijn przygotowują się do kręcenia filmu. To kontynuacja poprzedniego filmu Rejin – „Babygirl”, przy którym dziewczyny się poznały. Rejin szukała wtedy muzyków, którzy mogliby stworzyć ścieżkę dźwiękową. Tak trafiła na Gracie, która od razu wpadła jej w oko. Myśląc o nakręceniu „Please” Rejin nie była już jedynie zainteresowana muzyką, którą tworzy Abrams, chciała aby artystka zgodziła się zagrać. Abrams powiedziała: „tak”. Na razie nie opowiada o filmie zbyt wiele, nie chce zdradzać szczegółów. Jedyne co wiadomo, to że będzie „seksowny i romantyczny”.
„Nie myślałam nigdy o sobie jako o aktorce, ale za każdym razem jak czytałam ten scenariusz to czułam, że moja bohaterka ze mną rezonuje. To dziwne i pokręcone uczucie, często zatracam się w jakiś ciemniejszym miejscu, ale jestem go nieustannie ciekawa” – opowiada.
Co będzie kiedy skończy pracę nad filmem? Z pewnością ruszy w trasę koncertową. „Mam tyle pomysłów na siebie, to znacznie więcej niż tworzenie muzyki, koncertowanie, tworzenie muzyki, koncertowanie… Chciałabym się sprawdzić na różnych polach” – podkreśla. Chciałaby też pomyśleć o rodzinie – „marzę o tym, żeby kiedyś zostać matką”, wyznaje.
Przy pisaniu korzystałam z wywiadów: Vogue, Gracie Abrams i Olivia Rodrigo dla Spotify, Jimmy Fallon, materiałów New Jork Times.