Yayoi Kusama malowała odkąd skończyła dziesięć lat. Sztuka była dla niej formą ucieczki przed chorobą psychiczną – od zawsze towarzyszyły jej wizje, widziała formy i wzory, które nagle zaczynały wypełniać pomieszczenia, znajdujące się w nich obiekty, w końcu pokrywały także jej ciało. Te wzory stały się centralnym punktem sztuki Yayoi – najbardziej znana jest z kolorowych kropek, które błądziły po płótnach, rzeźbach, po jej ubraniach. Była najpopularniejszą japońską artystką. Na jej wystawy dosłownie ustawiają się kolejki – jej prace są radosne, kolorowe, monumentalne, bardzo instagramerskie i sprzedają się za miliony dolarów. Kusama zmarła mając 97 lat.
„Kusama była naprawdę wyjątkowa, nie chodzi tylko o galerie i muzea, ale również o media społecznościowe i ciągle rosnącą popularność. Jej życie to poruszająca historia, a ona sama stała się integralną częścią swojej twórczości. Jej sztuka zachwycała publiczność, jej wystawy to psychodeliczne wycieczki, kosmiczne doświadczenie, nieskończoności wzorów i kolorów, świat powielony w odbiciach luster, rozświetlony milionami świateł” – tak o Kusamie i jej twórczości piszą dziennikarze, oddając jej to, co sama sobie wywalczyła – miejsce w historii sztuki i popkultury.
Yayoi Kusama zmarła w wieku 97 lat, 14 sierpnia 2026 roku. Praktycznie przez całe swoje życie zajmowała się sztuką, była pracoholiczką, malowała nawet nocami. Miała zaledwie dziesięć lat, kiedy zaczęła. Od tamtego momentu zawsze miała przy sobie notatnik, tak aby w każdej chwili mogła oddać się malowaniu. Jej dziecięca twórczość była połączona z czymś, co ona sama definiowała jako aurę, nawiedzające ją halucynacje – widziała kropki, linie, wzory, które zaczynały pokrywać każdą powierzchnię na jaką spojrzała. Kropki stały się jej obsesją. „Halucynacje nie dotyczyły jedynie kropek, patrzyłam na obrus w kwiatowy wzór, podnosiłam wzrok i nagle sufit też pokrywały kwiaty, pojawiały się w oknach, na ścianach i w końcu wypełniały cały pokój, moje ciało, świat” – mówiła w wywiadach. „Czułam się tak, jakbym się w nich zatracała, była w tym nieskończoność czasu i przestrzeni, a ja sama byłam zredukowana do nicości.”

Dla Kusamy akt tworzenia sztuki był powiązany z jej chorobą. „Walczyłam z bólem, z lękiem i strachem każdego dnia, i jedyną metodą, która mi pomagała i przynosiła ulgę było tworzenie. Sztuka utrzymała mnie przy życiu” – mówiła artystka.
Yayoi urodziła się w 1929 roku w całkiem zamożnej, japońskiej rodzinie. Jako dziecko potrafiła ładnie rysować, ale większość jej prac była w kropki lub we wzór przypominający sieć. W 1939 roku namalowała portret swojej matki ubranej w kimono – ona również na obrazku pokryta była kropkami. W szkole Yayoi radziła sobie nieźle, do momentu, kiedy została zmobilizowana przez państwo, tak jak jej rówieśnicy, do szycia spadochronów dla żołnierzy – „bardzo cierpiałam, coś we mnie umierało”, wspominała tamten czas. W jej domu rodzinnym również działo się nieciekawie. Dramat gonił dramat, a Yayoi musiała na plecenie matki szpiegować ojca, który bez przerwy oddawał się romansom. Jej kolejnym problemem był fakt, że rodzina nie pochwalała jej zainteresowania sztuką – nikt nie chciał, żeby Yayoi została artystką. W planach za to było małżeństwo, rodzicie swatali ją z różnymi kawalerami, co dla niej było nie do zniesienia.
„Moja rodzina sugerowała mi, że jeśli kocham sztukę to powinnam zostać kolekcjonerką. Byli zszokowani, kiedy dowiedzieli się, że nauczyłam się jeździć samochodem. Według nich powinnam jeździć z wynajętym szoferem. Ich starania o to, żeby mnie wyswatać były nieustanne i nieustępliwe. Swatali mnie z chłopcami, których nigdy nawet nie widziałam, z bardzo konkretnych rodzin.” – mówiła Kusama.
Mimo niezadowolenia bliskich Yayoi podjęła naukę w Kyoto, na uczelni dedykowanej sztukom pięknym. W marcu 1952 roku miała swoją pierwszą wystawę zorganizowaną w Centrum Kultury w Matsumoto, swoim rodzinnym mieście. Pokazała na niej prace w stylu Nihonga, ale też obrazy surrealistyczne. Już wtedy malowała kompulsywnie, często zabierało jej to cały dzień. W rozmowach z dziennikarzami często powtarzała, że malowała wtedy od pięćdziesięciu do stu obrazów dziennie.
To był moment, kiedy Kusama zaczęła przyciągać uwagę nie tylko świata sztuki, ale również lekarzy. Profesor psychiatrii Shihō Nishimaru, po obejrzeniu prac artystki, napisał o niej referat, który później wygłosił na konferencji o chorobach psychicznych na Uniwersytecie Chiba. Yayoi wiedziała już wtedy, że przejawia zachowania obsesyjno-kompulsywne, a jej halucynacje są częścią jej choroby. Za wszelką cenę starała się żyć normalnie, a swój niepokój rozładowywała na płótnach.
W ciągu kilku następnych lat dzieła Kusamy zyskiwały coraz większą popularność, a ona sama stała się pewną siebie artystką, która miała coraz większe aspiracje. Yayoi marzyła o podróżach zagranicznych, choć jako zwykła Japonka wiedziała, że będzie to trudne do zrealizowania. „Bardzo dużo osób mieszkających w pobliżu Matsumoto chciało wyjechać za granicę. Większość z nich chciała się udać do Ameryki. Ja słyszałam, że wszystko co ważne dzieje się właśnie tam, i też chciałam jechać. Amerykanie zupełnie inaczej patrzą na indywidualizm niż Japończycy, mają też wolniejsze tempo życia, Nowy Jork jest wolnym, leniwym miastem. Dla mnie to była duża ulga” – wspominała po latach artystka.
W 1955 roku Yayoi znalazła w księgarni w Matsumoto album z pracami Georgii O’Keeffe. I choć mało wiedziała o artystce i nie znała angielskiego, to wymyśliła sobie, że nawiąże z nią kontakt. O pomoc poprosiła swojego kuzyna, który znał angielski. Razem napisali list, który Yayoi wysłała do O’Keeffe. Ku pewnemu zdumieniu, artystka odpisała Yayoi, oferując, że może pokazać jej prace nowojorskim marszandom i dealerom sztuki. Nie zachęcała jej jednak do przyjazdu – w liście napisała: „w tym kraju artyści mają ciężki żywot i ledwo wiążą koniec z końcem.”
Ta wiadomość nie zniechęciła Yayoi, która złożyła podanie o amerykańską wizę. Minęło dwa lata zanim ją dostała. Kusama nie pisała jedynie do O’Keeffe, pisała również z malarzem Kennethem Callahanem, który oglądał jej prace i który skontaktował ją z Zoe Dusanne, właścicielką galerii. Dussane spodobała się twórczość Yayoi tak bardzo, że zaproponowała jej wystawę. W 1957 roku Yayoi dotarła do Ameryki, pieniądze, których miała niewiele zaszyła w sukience, w walizce wiozła za to dziesięć jedwabnych kimon. Przyjechała na otwarcie wystawy i została. Zamieszkała w Nowym Jorku – mieście jej marzeń, na kolejnych 13 lat.

W „Wielkim Jabłku” Kusama była biedna, przemierzała miasto pieszo, nosząc swoje obrazy pod pachą. Chodziła od galerii do galerii. Czasami udało jej się coś sprzedać, często jednak zostawiała swoje dzieła bez zapłaty, ale z nadzieją, że znajdzie się na nie kupiec. Minęły dwa lata zanim Yayoi zaproponowano wystawę. Miała to być ekspozycja poświęcona tylko jej twórczości, co było wyjątkowe. Pokaz odbył się na Manhattanie w Brata Gallery i okazał się dużym sukcesem. Yayoi pokazała na nim swoje net paintings, obrazy zamalowane w całości kreską układającą się w najróżniejsze konstelacje, które wyglądały jak sieci. Bardzo często Kusama malowała na kolorowych płótnach białą kreską, a dziennikarze pisali: „te obrazy wyglądają jakby pracowały nad nimi tysiące małych pająków, snując się po ich powierzchniach i zostawiając po sobie ślady.” Niektóre z tych prac miały jeszcze jedną cechę szczególną, między kreskami można było dostrzec małe kropki. Kropki Kusamy
„Malowałam nudę, to było ważniejsze niż wszystkie wschody słońca namalowane przez impresjonistów” – mówiła artystka.
Mimo sukcesu jaki odniosła, Kusama wciąż mieszkała i żyła w niedostatku. W dodatku nie bardzo posługiwała się angielskim, więc było jej zwyczajnie ciężko prowadzić normalne życie. W maju 1960 roku przyszedł kryzys, Kusama załamała się psychicznie i fizycznie. Nie była w stanie pracować przez kilka następnych miesięcy. „Życie w Nowym Jorku było ciężkie” – wyznała kiedyś podczas rozmowy. „Było przeraźliwie zimno, mieszkałam w ogromnym lofcie, w którym były powybijane szyby w oknach. Miałam tylko jeden koc. I ponieważ nie mogłam spać, to wstawałam i zajmowałam się malowaniem. Potrafiłam malować przez całą noc. Każdego dnia stojąc przy płótnie i malując, zapominałam że jest mi zimno i że jestem głodna.”
Jej druga wystawa zorganizowana w Nowym Jorku przyniosła mieszane recenzje. Dla Kusamy jednak otworzyły się nowe drzwi, jej prace wzbudziły zainteresowanie w Europie. Na początku lat ’60 miała więcej pokazów na Starym Kontynencie niż w Stanach czy Japonii. W jej twórczości pojawiły się obiekty. Pewnego dnia Kusama zobaczyła, że zamiast zatrzymać się na końcu płótna, zamalowała podłogę. „Zdałam sobie sprawę, że podłoga, ściany, okno, a nawet ja sama jestem pokryta czerwoną nicią” – mówiła. To był dla niej punkt zwrotny, zaczęła tworzyć rzeźby, żeby móc je pokrywać swoimi wzorami – „chciałam zamalować wszystko”, wyznała.
Ten moment był również przełomowy z innych powodów. Kusama zaczęła malować formy falliczne i bardzo mocno się na nich skupiła. Penisy były dosłownie wszędzie – „te prace były groteskowe, sugestywne i bardzo nie na miejscu” – podkreślała. Jej nową obsesją zostały naklejki – chodziła z nimi i przyklejała je do wszystkiego i do wszystkich. Potrafiła przykleić je do kota, do tancerzy, do łóżka, do półek w księgarni, czy sklepie. Organizowała przyklejanie naklejek jako uliczne performance. Nowością były również prace z makaronem, Yayoi potrafiła kupić płaszcz i pokryć go makaronem. Podobną sztuczkę robiła z manekinami i meblami. Nie wszyscy rozumieli „makaronowe prace”, a ona sama po latach będzie opowiadała o swojej obsesji na punkcie jedzenia.
To nie był jednak koniec zaskoczeń z jej strony. Artystka po raz pierwszy zorganizowała coś, co będzie później jej znakiem rozpoznawczym. Floor Show: Kusama był pierwszym pokojem luster, ale główną atrakcją były penisy umieszczone przez artystkę na podłodze pomieszczenia wystawowego. W ten sposób Kusama wypełniła penisami całe pomieszczenie, powielając je wielokrotnie dzięki odbiciom. Następny pokaz wypełniało też światło lampek choinkowych, a odwiedzający dostawali przypinki z napisem: love forever.

W 1966 roku artystka postanowiła odwiedzić Biennale w Wenecji. Pojechała tam i rozłożyła się na trawniku przed włoskim pawilonem. Miała ze sobą bardzo dużo lustrzanych kul, w których można się było przejrzeć. Swoją instalację zatytułowała: Ogród Narcyza. Stała ubrana w złote kimono, zaczepiała oglądających i wręczała im ulotki o swojej sztuce. Ponieważ musiała zarabiać na życie, proponowała przechodniom swoje kule, jedna za dwa dolary. W końcu przegoniła ją policja, twierdząc, że nie wypada sprzedawać sztuki w ten sposób, w takim miejscu i podczas tak ważnego wydarzenia.
Po powrocie do Nowego Jorku Yayoi rzuciła się w wir organizowania happeningów. Przyklejała kropki do siebie, malowała je na żywym koniu i na modelkach. W parku Tompkins Square przyklejała je do przechodniów, prosząc ich, aby kochali siebie. Jej działania stały się na tyle głośnie, że ich echo dotarło nawet do Japonii. Kusama dostała od rodziny listy, w których prosili ją, aby przestała robić swoją sztukę. „Japonia była zszokowana tym, co pokazuję. To był skandal. Wszyscy w rodzinie byli z tego powodu przygnębieni” – mówiła, wracając do tamtych lat. Rosnące niezadowolenie podsycały informacje o miękkich rzeźbach Yayoi przypominających fallusy. Artystka wielokrotnie podkreślała później, że sama nigdy nie była zainteresowana seksem i go wręcz unikała – „tyle osób miało choroby weneryczne, tak łatwo można się było nimi zarazić, że mnie to przerażało, w ogóle seks mógł dla mnie nie istnieć”, przyznawała. A jednak organizowała orgie, i choć krytycy piszą, że seksu rzeczywiście było na nich mało i były bardziej wydarzeniami ze świata sztuki, to jednak Kusama malowała nagie ciała tych, którzy przychodzili podziwiać jej sztukę i chcieli doświadczyć jej świata.
Kropką nad „i” był list, który artystka wysłała do prezydenta Richarda Nixona. „Otwarty list do mojego Bohatera Richarda M. Nixona” miał go przekonać do zawieszenia działań wojennych. „Zapomnijmy się drogi Richardzie” – pisała Yayoi, „i stańmy się jednością z Absolutem, wszyscy razem we wszystkim razem. Wzniesiemy się wysoko, pomalujemy nasze ciała w kropki, zatracimy nasze ego w nieskończoności, a na koniec odkryjemy nagą prawdę: NIE DA SIĘ WYPLENIĆ PRZEMOCY PRZEMOCĄ.” Dalej obiecywała, że pomaluje muskularne ciało Nixona w kropki. Prezydent nie odpowiedział na tą propozycję, a Kusama zorganizowała kolejną orgię, tym razem nazwała ją nixonowską
W ten sposób artystka znalazła się w samym centrum społecznych dyskusji. „Byłam przeciwko wojnie, przeciwko władzy, mówiłam o ekonomii i polityce, o Japonii i skandalach” – wspominała, „i miałam kłopoty, bo Japonia była niezadowolona, że w moim filmie widać włosy łonowe…” W 1968 roku nowojorska prasa pisała o niej częściej niż o Andym Warhole. Idąc za ciosem Yayoi zorganizowała więc nagą orgię w jednym z najważniejszych muzeów, w MoMA.
Popularność i praca nie uratowały zdrowia Yayoi, było ono ciągle na granicy załamania. A rodzinna, choć przeżywała koszmar związany z jej sztuką, to nie przestała jej wspierać. Artystka podróżowała więc coraz częściej między Stanami, a Japonią. Mimo tego jej depresja i stany lękowe szybko się nasilały. Od 1975 roku leczyła się w szpitalu psychiatrycznym w Tokio, a w 1977 roku wprowadziła się do niego na stałe.
I choć na chwilę świat zapomniał o Kusamie, to późniejsze wystawy przyniosły jej niesłychaną sławę. W 1993 roku artystka miała okazję reprezentować Japonię na Biennale w Wenecji, tym razem swoją twórczość pokazywała legalnie w pawilonie narodowym. W 1997 roku Andrew Solomon pisał o niej w ArtForum jak o gwieździe świata sztuki. „Teraz Yayoi zatrudnia rzeszę asystentów – są jak jej akolici, mają po 20, 30 lat, są hippisami-artystami-studentami, którzy całe dnie spędzają z nią w szpitalu i w jej studio. Ma również sekretarza.” Spotkał się z nią przy okazji nadchodzącej wystawy. Yayoi była wystylizowana w ubrania w kropki, a podczas wywiadu robiła przerwy – konieczne, aby asystentka mogła jej przykleić więcej kropek. Solomon zastanawiał się, ile w tym co mówi Kusama jest prawdy, a ile celowości i teatralności.
Na swoje ostatnie wystawy jeździła na wózku inwalidzkim. Zawsze w peruce, miała mocno czerwone włosy ścięte na boba i praktycznie zawsze ubrana była w kropki. Zdarzyło się, że robiono jej zdjęcia – Yayoi z robotyczną Yayoi, która oddaje się malowaniu kropek. Jej największa podobizna była wielkości budynku, nad którym się pochylała – ta Yayoi powstała we współpracy z domem mody Louis Vuitton. „Moja sława jest manifestacją mojej woli” – mówiła artystka. Czasem zastanawiała się publicznie, dlaczego ludzie są chętni kupować jej dzieła za tak ogromne pieniądze – „mam tyle prac, że często je rozdaję za darmo, a ostatnio sprzedaż osiągnęła ponad milion dolarów na aukcji, od tego płacę duże podatki i nie wiem na co mogłabym wydać takie pieniądze” – wyznawała ze szczerością.
Mimo wieku Yayoi malowała codziennie, od 9 do 16. Była artystką, infuencerką i sprawnie działającym przedsiębiorstwem z ogromnym budżetem. Ciągle podkreślała, że musi malować i że w głowie ma coraz więcej pomysłów. Zwykle pracowała nad kilkoma obrazami w jednym czasie, malując raz tu, raz tam, uzupełniając wzory i kropki, tak jak podpowiadał jej impuls i wyobraźnia.
Jej prace pokazywały takie muzea jak Tate Modern w Londynie, Gagosian Gallery w Nowym Jorku, czy Centrum Pompidou w Paryżu.
11 września 2026 otworzyła się wystawa w Stedelijk Museum w Amsterdamie, która jest retrospektywą twórczości Yayoi Kusamy, od jej wczesnych obrazów, przez rzeźby, aż po Infinity Mirror Rooms. To będzie jedno z najbardziej obleganych wydarzeń tej jesieni. Jeśli jednak nigdy nie widzieliście twórczości Kusamy na żywo, to warto rozważyć wycieczkę do Amsterdamu.